Biznes Ludzie Pieniądze

Budżetowy zawrót głowy

Agata Nowakowska
23.06.2009 , aktualizacja: 22.06.2009 20:59
A A A Drukuj
Dzisiaj minister finansów Jacek Rostowski przyzna, o ile naprawdę według resortu wzrośnie w tym roku PKB. Będziemy wiedzieli, ile miliardów brakuje w publicznej kasie
premier Donald Tusk i minister finansów Jacek Rostowski
Fot. ALIK KEPLICZ AP
premier Donald Tusk i minister finansów Jacek Rostowski
SERWISY
Wczoraj wieczorem nad mizerią budżetową dyskutowali: premier Tusk, minister Rostowski i politycy PO i PSL. Rząd ma zająć się dzisiaj przygotowanym przez ministra dokumentem "Informacja o sytuacji makroekonomicznej i stanie budżetu państwa na 2009 r.".

Na razie GUS podał, że PKB w I kwartale wzrósł o 0,8 proc., ale budżet był policzony przy założeniu, że gospodarka będzie rozwijać się znacznie szybciej, w tempie 3,7 proc.

- Wpływy krajowe, podatkowe i niepodatkowe po pierwszych pięciu miesiącach roku były o 4 proc. niższe niż rok temu. Jeżeli ta tendencja się utrzyma, a resort zakładał 12,8-proc. wzrost, to krajowe dochody w całym roku będą niższe o 40 mld zł - wylicza prof. Stanisław Gomułka.

Brał on udział we wczorajszej debacie ekonomistów w siedzibie BCC. Jej uczestnicy byli zgodni, że nawet jak deficyt budżetu centralnego będzie niski, to deficyt całego sektora (budżet, FUS, samorządy) poszybuje w górę. Rząd mówi o 60 mld zł (4,6 proc. PKB), Bruksela aż o 80 mld zł (6,6 proc. PKB) w 2009 r.

- Zapowiedzi rządu, że będzie bronił deficytu, są nierealne. Rząd nie jest w stanie zaproponować działań ograniczających wydatki lub zwiększających dochody, z powodu ograniczeń ekonomicznych i politycznych, w tym weta prezydenta. Zapowiedzi obrony deficytu brzmią jak oświadczenia polskich generałów z 1939 r., że nie oddamy ani jednego guzika, a wiemy, jak to się skończyło - mówił b. wiceminister finansów Stanisław Gomułka.

Gdyby prognoza Komisji Europejskiej okazała się trafna, mielibyśmy jego zdaniem "duże perturbacje", bo już w 2010 r. przekroczylibyśmy tzw. drugi prób ostrzegawczy zapisany w ustawie o finansach publicznych (deficyt sektora powyżej 55 proc. PKB). Przekroczenie tego progu oznaczałoby obowiązek sanacji finansów: gwałtownego cięcia wydatków w 2012 r.

- Deficyt będzie rósł, bo gospodarka rozwija się wolniej, kurczą się dochody. Powinniśmy jednak bronić jak najniższego deficytu. Jego wzrost nie usunie źródeł kryzysu, bo one są zewnętrzne. Może za to pogłębić krajowe źródła spowolnienia: odciąć przedsiębiorstwa od kredytów, bo banki będą wolały kupować rządowe papiery. Może nas też pogrążyć makroekonomicznie, bo wysoki deficyt oznacza skokowy wzrost kosztów obsługi długu zagranicznego - uważa dr Andrzej Rzońca z Fundacji Obywatelskiego Rozwoju.

Ryszard Bugaj, doradca prezydenta i "socjalista" (jak się przedstawił), oraz prof. Jerzy Osiatyński, b. minister finansów w rządzie Suchockiej, nie mają nic przeciwko zwiększeniu deficytu sektora pod pewnymi warunkami.

- Rząd musi zaakceptować wyższy deficyt, ale nie dowolny. Broniłbym dopiero 5-6 proc. poziomu deficytu całego sektora - deklarował Bugaj. Prof. Osiatyński dodał, że deficyt można zwiększać, jeśli państwo będzie go w stanie sfinansować. - Wyższy deficyt oznacza wyższe koszty obsługi zadłużenia zagranicznego, ale na rynku krajowym obligacje idą jak świeże bułeczki.

Gdzie rząd powinien szukać brakujących nam w budżecie pieniędzy? Minister Rostowski zapowiedział, że swoje propozycje przedstawi rządowi 7 lipca przy okazji nowelizacji budżetu na ten rok.

Ryszard Bugaj: - Rząd powinien zwiększyć deficyt, może powinniśmy zdecydować się na monetyzację długu, finansowanie go przez NBP? Rząd powinien też szukać dalszych oszczędności, kilku miliardów złotych i wyciągnąć trochę pieniędzy z kieszeni podatników, czym te kieszenie głębsze - tym więcej. Nie wykluczałbym 50 proc. stawki PIT dla najbogatszych i likwidacji 19-proc. podatku PIT dla przedsiębiorców. Ci faceci, którzy mnie rozjeżdżają jeepami na ulicach, powinni płacić więcej.

Prof. Osiatyński byłbym gotowy zgodzić się na podwyżkę akcyzy. Przypomniał, że 75-80 proc. wydatków budżetowych to tzw. wydatki sztywne, wynikające z ustaw. Nie da się ich łatwo odchudzić. - Musimy zwiększyć wskaźnik zatrudnienia, dziś Polacy przechodzą na emerytury dziesięć lat wcześniej niż reszta Europy - ubolewał prof. Osiatyński.

Rzońca chce podniesienia wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, ograniczenie przywilejów emerytalnych, niższych podwyżek rent i emerytur. To będą oszczędności, ale za kilka lat.

- Rewolucjonista! - oburzał się Ryszard Bugaj.

- Rewolucja to będzie wtedy, gdy nic nie będziemy robić, aż zderzymy się ze ścianą - odparował Rzońca. Jego zdaniem dzisiaj rząd może zacząć podnosić podatki: akcyzę i VAT (powinien zacząć od podniesienia stawek obniżonych, a takie obowiązują np. na żywność).

- Rząd niewiele może. Mógłby pomyśleć o finansowaniu deficytu, nie poprzez zaciąganie nowego długu, ale większymi wpływami z prywatyzacji. Ceny akcji idą w górę, dobrze by było, żeby w tym roku rząd pozyskał ze sprzedaży 12 mld zł, a w przyszłym 25 mld zł - proponował prof. Gomułka.

Na koniec Bugaj zaatakował Rostowskiego za ignorowanie innych opinii "z lekkością motyla". Ripostował prezes BCC Marek Goliszewski: - Minister Rostowski chodzi w chmurach, ale przynajmniej marzy o Mount Evereście, czyli niskim deficycie i szybkim euro.

•  Debatę zorganizowali: BCC, Radio PIN, Polsat News i Capital24.tv

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów