O 7 rano w poniedziałek pracownicy jednej z największych polskich firm energetycznych w województwach: kujawsko-pomorskim, zachodniopomorskim, lubuskim i wielkopolskim, rozpoczęli akcję protestacyjną. - Plan był taki, by nie wyjeżdżać do awarii. Na szczęście nigdzie nie doszło do takiego przypadku, by ktoś pozostał bez prądu - tłumaczy Piotr Adamski, szef "Solidarności" poznańskiego koncernu. Niedzielne burze zniszczyły w
Poznaniu i okolicach kilka stacji transformatorowych, ale usterki naprawiono jeszcze tego samego dnia. - Moi koledzy pracowali do późnej nocy, by móc wczoraj od rana przyłączyć się do strajku- dodaje Adamski. Niezadowoleni klienci pomstowali za to pod biurami obsługi klienta, które były zamknięte do godziny 9, kiedy to wszyscy wrócili do
pracy.
Pracownicy domagają się podwyżki płac o 8 proc., umów na czas nieokreślony dla ponad 200 osób i zaległej wpłaty na Fundusz Świadczeń Socjalnych. - Pracodawca nie wywiązuje się z obowiązków. Mamy porozumienie dotyczące corocznego wzrostu wynagrodzeń, ale nie ma żadnych podwyżek dla pracowników. Podwyżkę przyznał sobie za to sam zarząd. I to 6-procentową. Żądamy godnego traktowania - mówi Janusz Śniadecki, przewodniczący Międzyzakładowych Związków Zawodowych Pracowników Grupy Kapitałowej Enea.
- Rozmawialiśmy wczoraj z zarządem, który stawia nam opór. Następna konfrontacja czeka nas w piątek. Jeśli nasze postulaty pozostaną bez odzewu, zarządzimy strajk generalny - zapowiada Adamski. Co czeka mieszkańców? - Zamkniemy się wszyscy i będziemy strajkować aż do skutku. Wtedy na pewno zdarzy się, że niektórzy mogą zostać bez prądu. Mamy tak kiepski system energetyczny, że w ciągu 24 godzin pojawią się awarie. My ich nie naprawimy. Zobaczymy, kto wtedy będzie górą - mówi Adamski.
Średnia płaca w Enei wynosi dziś ok. 4 tys. zł netto (średnia krajowa to niecałe 3,2 tys. brutto). Elektromonter sieciowy zarabia ok. 2,5 tys. zł na rękę.