Na razie 99 proc. klientów banków, którzy w ostatnich latach zaciągnęli kredyty na własne
mieszkania, sumiennie je spłacają. Kredytobiorcy na 5 z plusem zdali test wytrzymałości ekstremalnych wahań kursu franka szwajcarskiego. - Osłabienie złotego spowodowało znaczny wzrost wysokości rat, przez co nieco wzrosła liczba osób zalegających z ratami. Ale i tak spłacalność kredytów walutowych jest zdecydowanie lepsza niż kredytów złotowych - mówi Andrzej Topiński, ekspert
Biura Informacji Kredytowej.
Na koniec marca łączna wartość kredytów mieszkaniowych, które banki zaliczają do zagrożonych, nieznacznie przekroczyła 2,3 mld zł. To mniej niż jedna trzecia wartości zaległych pożyczek gotówkowych. Bankowcy wychwalają klientów za sumienność w spłacaniu kredytów hipotecznych. - Zaległości powyżej 90 dni nie przekraczają 0,7 proc. wartości całego portfela - podkreśla Tomasz Molenda, dyrektor pionu bankowości detalicznej Kredyt Banku.
Ale jeśli przyjrzymy się dokładniej statystykom, widać, że problem niespłacanych kredytów hipotecznych zaczyna narastać jak śnieżna kula. Coraz więcej Polaków spóźnia się ze spłacaniem rat: od miesiąca do trzech spóźniamy się z uregulowaniem już 4,1 mld zł. To dwa razy więcej niż jeszcze latem ubiegłego roku. Coraz więcej rodzin z trudem znajduje w budżetach pieniądze na raty. Przez pół roku wartość "spóźnionych" pożyczek mieszkaniowych skoczyła o blisko 80 proc.! Andrzej Topiński podkreśla, że prawdziwy test wytrzymałości - zarówno kredytobiorców, jak i banków - dopiero przed nami. - Spadek dochodów ludności, wzrost marż i oprocentowania mogą pogorszyć spłacalność kredytów - ostrzega ekspert
BIK.
W piątek Sejm niemal jednogłośnie uchwalił ustawę o pomocy państwa w spłacie niektórych kredytów mieszkaniowych udzielonych osobom, które utraciły pracę. Wprawdzie musi ją jeszcze przyjąć Senat oraz podpisać prezydent, jednak najpewniej będzie to tylko zwykła formalność. A wziąwszy pod uwagę 14-dniowy okres vacatio legis, można przyjąć, że ustawa zacznie obowiązywać w sierpniu.
Ale spokojnie! O dopłatę - do 1,2 tys. zł miesięcznie przez rok - będą się mogli ubiegać nie tylko ci, którzy stracą pracę po wejściu w życie ustawy. Pomoc obejmie też tych, którzy zostali bezrobotnymi wcześniej - po 1 lipca 2008 r. Kredytobiorca, który zostanie zwolniony z pracy, będzie musiał zarejestrować się w powiatowym urzędzie pracy - uzyskać status bezrobotnego i prawo do zasiłku.
Natomiast nie mają co liczyć na pomoc ci kredytobiorcy, którzy zostali zwolnieni z pracy dyscyplinarnie lub sami z niej zrezygnowali.
Nieważny dochód Zgodnie z ustawą to, czy dostaniemy pomoc, ani jej wysokość, nie będzie zależało od dochodów rodziny. Co ważne, jeśli pracę straci tylko jedno z małżonków, a mieszkanie kupione na kredyt jest ich wspólną własnością - i tak dostaną dopłatę. To rozwiązanie krytykowali w Sejmie posłowie PiS i Lewicy.
- Można stracić pracę, ale gdy się zarabiało miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy złotych, to jeszcze ma się zasoby na spłatę kredytu. A można mieć pracę, ale wynagrodzenie obniżone do najniższego i wówczas będzie się mieć problemy z obsługą kredytu - mówił Stanisław Stec z klubu Lewica. - Również trzeba się zastanowić nad metrażem. Czy kredyt, który był na przykład zaciągnięty na budowę pałacu, a takie budynki powstają, również podlega pomocy w spłacie według tej ustawy? - pytał.
Oba kluby - PiS i Lewica - zaproponowały więc poprawki, które miałyby wprowadzić kryterium dochodowe oraz metrażowe. Jednak Sejm te poprawki odrzucił. Dlaczego? W czasie debaty sejmowej wiceminister pracy Agnieszka Chłoń-Domińczak tłumaczyła, że rząd zrezygnował z kryterium dochodowego po to, aby ustawę można było jak najszybciej wdrożyć. I dodała, że rolę takiego kryterium pełni wymóg nieposiadania tylko jednego mieszkania lub domu.
Wyjaśnijmy, że o dopłatę nie mają się co starać kredytobiorcy, którzy mieliby więcej niż jedno mieszkanie lub dom - także lokatorskie w spółdzielni lub nawet wynajęte na wolnym rynku. Zatajenie tego typu informacji ma grozić odpowiedzialnością karną i koniecznością zwrotu pieniędzy powiększonych o ustawowe odsetki - obecnie 13 proc. w skali roku.
Ale dopłaty trzeba będzie zwrócić Wypłacanie pomocy będzie trwało najwyżej 12 miesięcy. Oczywiście ten, kto znajdzie pracę wcześniej, już dopłaty nie dostanie. Kredytobiorca nie dostanie tych pieniędzy do ręki. Na konto banku, w którym zaciągnął kredyt, przeleje je Bank Gospodarstwa Krajowego - pieniądze przekaże mu Fundusz Pracy.
W resorcie pracy policzono, że w ciągu trzech lat dopłaty pochłoną blisko 440 mln zł. Wrócą one jednak do budżetu, bo zgodnie z ustawą dopłaty trzeba będzie zwrócić w ciągu ośmiu lat - po dwóch latach karencji (w tym czasie nie będzie trzeba oddawać pieniędzy).
Rząd ocenia, że z powodu utraty pracy problemy ze spłatą kredytu może mieć nawet 50 tys. z ponad miliona Polaków, którzy kupili zań mieszkania. Jednak z najnowszych danych Krajowego Rejestru Długów (KRD) wynika, że kłopoty są z mniej niż co setnym kredytem.
Niebezpieczna gra A jeśli bezrobotny kredytobiorca nie znajdzie pracy przez rok? Więcej dopłat nie dostanie. Na szczęście tych, które dostał, nie będzie musiał zwracać od razu. Jak już wspomnieliśmy, chronić go będzie dwuletni okres karencji. O pieniądze najpewniej upomni się jednak bank. Co robić w tej sytuacji?
Najgorsze, co można zrobić, to grać na zwłokę. Jeśli bank zorientuje się, że ma do czynienia z niesolidnym klientem, który - niekoniecznie z własnej winy, czasem z przyczyn od siebie niezależnych - nie spłaca rat lub mocno je opóźnia, zaczną się kłopoty.
Pierwsza konsekwencja to wpisanie klienta do bazy niesolidnych dłużników. Niesolidny klient jest spalony przez wiele lat. Żaden inny bank nie udzieli mu kredytu. Jednak to nie wszystko.
Niespłacenie kredytu mieszkaniowego prędzej czy później grozi utratą
nieruchomości, ale bankom nie zależy na stosowaniu represji, dla nich ważniejsza jest dobra reputacja. Gdy klient zgłasza problem ze spłatą kredytu, banki szukają rozwiązania, proponując m.in. obniżenie miesięcznych rat dzięki wydłużeniu
okresu kredytowania. Inną drogą wyjścia z kłopotów jest czasowe zawieszenie spłaty kapitału (w tym czasie kredytobiorca spłaca tylko odsetki). Bank może też zaproponować restrukturyzację zadłużenia polegającą m.in. na ustaleniu wysokości rat w zależności od możliwości finansowych kredytobiorcy.
Oczywiście powyższe rozwiązania podnoszą koszt całego kredytu. W takim wypadku do umowy kredytowej dopisuje się aneks zawierający nowy harmonogram spłat. Niektóre banki żądają za jego wystawienie dodatkowej opłaty.
W ostateczności można sprzedać mieszkanie w celu spłacenia kredytu. To znacznie lepsze rozwiązanie niż zaprzestanie spłaty kredytu hipotecznego, a w efekcie licytacja komornicza. Bankowi jest to nawet na rękę, bo szybciej odzyskuje swoje pieniądze.