Chodzi o wstępne porozumienie z ub.r., które koncern zawarł z wydawcami z USA - właściciel praw do książki, którą koncern udostępni w serwisie Google Book Search, otrzyma 63 proc. przychodów z reklam wyświetlanych przy fragmentach książki.
Sęk w tym, że zgodnie z amerykańskim prawem, jeśli wydawca nie chce ugody, musi to zgłosić. I to najpóźniej 4 września br. Dotyczy to nie tylko wydawców z USA, ale także z całego świata, w tym z Polski. Potem - o ile w październiku sąd zatwierdzi ugodę - Google będzie miał w USA wolną rękę.
"Ugoda jest sprzeczna z europejskim prawem autorskim. Przed jakimkolwiek użyciem utworu należy zapytać o zgodę właściciela (...) i zapłacić mu stosowne honorarium - w liście do Brukseli pisze Federacja Wydawców Europejskich, która sprzeciwia się rozszerzeniu ugody na kraje UE. - Wydawcy europejscy (...) powinni mieć prawo do postąpienia według własnej woli" - czytamy dalej.