Wczoraj petardę w kierunku internetowego giganta odpaliło ministerstwo spraw zagranicznych. - Dostajemy wiele skarg od obywateli, że anglojęzyczna wersja wyszukiwarki
Google rozpowszechnia ogromne ilości treści pornograficznych, w sposób poważny naruszając chińskie prawo i regulacje - mówił podczas konferencji Qin Gang, rzecznik resortu.
Dodał, że rząd zastosował już pewne środki wobec Google, nie zdradził jednak jakie.
Koncern wczoraj nie komentował sprawy, wiadomo jednak, że nieraz już uginał się pod presją Pekinu, by cenzurować wyszukiwanie np. haseł związanych z represjami władz chińskich w Tybecie.
Wystąpienie rzecznika resortu spraw zagranicznych zbiegło się z dwoma wydarzeniami: czkawką usług Google w Państwie Środka (w środę przez kilka godzin użytkownicy nie mogli się logować do większości serwisów koncernu) i... krytyką Chin ze strony
USA.
- To nie wygląda na przypadek - mówi Mark Natkin, szef firmy doradczej Marbridge Consulting z Pekinu specjalizującej się w telekomunikacji i IT.
Amerykańscy urzędnicy zaapelowali w środę do władz w Pekinie, by wycofały się z "Zielonej Tamy", filtru, który od 1 lipca ma być instalowany na każdym nowym komputerze. Filtr według chińskich władz ma służyć blokowaniu dostępu do treści wulgarnych i pornografii, jednak zdaniem ekspertów może pozwolić na szpiegowanie użytkowników komputerów i blokowanie stron internetowych nie tylko z pornografią.
Chiny z wprowadzenia filtru ani myślą zrezygnować. Co więcej, według lokalnych mediów szukają 10 tys. ochotników, którzy mają przeczesywać internet. Bynajmniej nie tylko po to, by wyłapywać strony z pornografią, mają też informować rząd za każdym razem, gdy natrafią na treści mogące stanowić "zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa", "podkopujące autorytet rządu" albo na "rozsiewanie plotek i zakłócanie porządku publicznego".
