Uelastycznienie czasu
pracy w firmach to jedno z najważniejszych rozwiązań zapisanych w uzgodnionym przez związkowców, pracodawców i rząd pakiecie antykryzysowym. Gdy firma nie ma zamówień, ludzie będą mogli pracować krócej - np. 6 godzin dziennie. Gdy
zamówienia się pojawią - dłużej, np. 10 godzin. Pracodawca będzie mógł wydłużyć czas pracy (w skrajnych przypadkach do 72 godzin tygodniowo, dziś w
kodeksie pracy jest 40 godzin), by w następnym okresie go skrócić. Nie będzie przy tym płacił za nadgodziny. A łączny czas pracy będzie rozliczany w okresie 12 miesięcznym.
W Komisji Trójstronnej związkowcy przystali na takie rozwiązanie, ograniczone jednak do firm, które z powodu kryzysu popadły w tarapaty. Tymczasem rząd zapisał w ustawie o łagodzeniu skutków kryzysu ekonomicznego dla pracowników (to jedna z dwóch ustaw składających się na pakiet antykryzysowy), że elastyczny czas pracy będą mogły stosować wszystkie firmy. - To koniec świata. To rozwiązanie woła o pomstę do nieba - mówił nam niedawno szef "Solidarności" Janusz Śniadek. Tłumaczył, że nowe przepisy ograniczają prawa pracownicze, a zniesienie obowiązku zapłaty za nadgodziny to nic innego jak obniżka płac. - Będziemy walczyć o zmianę tych zapisów w Sejmie - zapowiedział. W czwartek "Solidarność" zagroziła, że zawiesi swój udział w Komisji Trójstronnej, jeśli zapisy o elastycznym czasie pracy się nie zmienią.
W piątek była szansa na taką zmianę, bo sejmowe komisje finansów publicznych i polityki społecznej rozpatrywały zgłoszoną przez opozycję poprawkę ograniczającą stosowanie przepisów o elastycznym czasie pracy do firm, które mają kłopoty wywołane kryzysem. - To kluczowa poprawka - mówili posłowie opozycji. I tłumaczyli, że przyjęcie poprawki pozwoli naprawić skutki złamania porozumień z Komisji Trójstronnej i załagodzić narastający spór. Ale rząd był przeciwko poprawce, a komisje odrzuciły ją w głosowaniu.
Co na to "Solidarność"? - Po poniedziałkowej Komisji Trójstronnej spotykamy się po raz kolejny z pracodawcami i określimy się definitywnie wobec tej ustawy. Potem podejmiemy decyzję, co robić dalej - mówił w piątek w radiowych "Sygnałach Dnia" Janusz Śniadek. - Jeśli nikt nie zwróci uwagi na to, że w Polsce jest pozorowany dialog, pozostaną nam już tylko protesty - dodał.