Przemysław Poznański: Jako jedyny z czwórki operatorów komórkowych poszliście na ugodę z UOKiK, który zakwestionował niektóre zapisy regulaminów. Zmieniliście regulamin i tym samym daliście klientom prawo do bezkarnego odejścia. Opłacało się? Jarosław Bauc*: Nie ma innego sposobu, niż być wobec klientów uczciwym. Nieuczciwością można coś na szybko ugrać, ale to się i tak później mści. Klienci to widzą - po pierwszej fali odejść zaczęli odwoływać rezygnacje, wróciło do nas już blisko 10 tys. osób. Za miesiąc będziemy wiedzieć, jaki jest efekt zmiany regulaminu, ale już dziś wiemy, że z punktu widzenia całej bazy klientów postpaidowych odejścia dotyczą dziesiątych części procentu.
W poniedziałek zmienia się prawo telekomunikacyjne, które ograniczy prawo klientów do odejścia po zmianie regulaminu. Inni operatorzy mogą zyskać na tym, że nie wycofali z regulaminów zakwestionowanych przez UOKiK zapisów. - Zmiana przepisów prawa nie ma tu znaczenia. Usunięcie niekorzystnych dla klienta zapisów narzucało prawo, które obowiązywało w chwili wszczęcia postępowań. Jeśli za tym pójdą kary - a mogą być dotkliwe, bo teoretycznie nawet do 10 proc. przychodów - to ostatecznie my możemy na tym wygrać. A kary na pozostałą trójkę mogą być nałożone, bo w końcu chodzi o świadome stosowanie tzw. klauzul abuzywnych, niezgodnych z przepisami prawa.
I wtedy klienci pozostałych operatorów też będą mogli odejść. - Jeżeli dojdzie do takiej sytuacji, nie będziemy na pewno działać tak jak Play.
Czyli informować Polaków o możliwości odejścia z powodu zmiany regulaminu? - Nie jest tajemnicą, że konkurencja, głównie Play, nagłośniła całą sprawę. Nie w samym nagłośnieniu jest jednak problem, lecz w działaniach, które z tym nagłośnieniem były związane. Naszym zdaniem Play działał w sposób wysoce nieetyczny. Nie będę tej myśli rozwijał, bo sprawa zapewne znajdzie finał w sądach. Podjęliśmy już działania procesowe i będą dalsze. Dotyczą - najogólniej rzecz ujmując - działań sprzecznych z ustawą o ochronie konkurencji. Chodzi mi nie tylko o reklamę - "informację", że przy zmianie regulaminu można bezkarnie odejść - ale także o powiązane z nią działania, których była elementem. Wiem także o masowym rozsyłaniu SMS-ów i MMS-ów do naszych klientów z informacją o możliwości odejścia oraz z ofertą handlową Play [w ostatnich dniach Sąd Okręgowy w
Warszawie zakazał Playowi emisji reklamy i rozsyłania SMS-ów]. Były również inne działania, ale będzie jeszcze okazja, by o tym porozmawiać, bo dziś wszystkie te przykłady są materiałem dowodowym dla sądu.
Zmianę operatora ułatwi też nowe prawo - przenoszenie numeru do innej sieci powinno trwać jeden dzień. Jesteście gotowi? - Jakość przepisów prawnych w Polsce zawsze budziła zastrzeżenia. W tym konkretnym przypadku ustawodawca nie wziął pod uwagę tego, co przedstawiciele sektora telekomunikacyjnego podnosili w trakcie dyskusji nad nowelizacją. Nie dano nam czasu na dostosowanie się do nowych przepisów [vacatio legis wynosiło 30 dni od dnia ogłoszenia w Dzienniku Ustaw]. Komuś postronnemu może się wydawać, że przeniesienie numeru to drobiazg. Tymczasem mamy tu do czynienia ze skomplikowanymi procesami informatycznymi, które trzeba implementować między poszczególnymi operatorami. My jesteśmy gotowi, ale wszyscy operatorzy razem - jeszcze nie. Nie da się przenieść numeru bez współpracy z operatorem, do którego numer ma być przeniesiony. W tym przypadku jesteśmy więc od siebie uzależnieni. A ja wiem, że cały sektor nie jest gotowy. Musimy zbudować wspólny system, a to trochę potrwa.
Można powiedzieć, że Polkomtel stać na odejście części klientów. Po pierwszym kwartale byliście liderem pod względem liczby klientów - wyprzedziliście Orange o ponad 900 tys. klientów. Mieliście też najwyższe przychody. Kryzys was nie dotyczy? - Każdy klient jest dla nas ważny i między innymi dzięki takiemu podejściu osiągnęliśmy pozycję lidera. A jeśli chodzi o kryzys - zareagowaliśmy szybko na nową sytuację, a konkurencja przespała pierwszy kwartał. Obcinaliśmy koszty, zaczęliśmy szybko i z sukcesem ograniczać dopłaty do telefonów poprzez oferty bez subsydiowania aparatów. I to się sprawdziło - każdy ma przecież w domu pełną szufladę telefonów, klienci naprawdę nie potrzebują co pół roku nowego aparatu. Sami się do nas zwracali z pytaniem, czy mogą podpisać umowę bez aparatu za złotówkę, bo to się wiąże z niższym rachunkiem co miesiąc. Dzięki takim działaniom drugi kwartał pod względem finansowym będzie u nas znacząco lepszy niż pierwszy, który i tak na tle konkurencji wypadł bardzo pomyślnie.
Branża komórkowa odczuwa skutki kryzysu? - Odczuwa, bo rosną koszty, przede wszystkim z powodu spadku wartości złotego. Większość naszych zakupów to zakupy walutowe. W ubiegłym roku sam zakup telefonów kosztował nas ponad miliard złotych. Gdybyśmy mieli w tym roku kupić te same aparaty i sprzedać je dokładnie w tych samych taryfach, kosztowałoby nas to o 500 mln zł więcej! Podobnie jest z infrastrukturą, w całości kupowaną za waluty od dostawców zagranicznych. Są jeszcze licencje na IT - to także prawie wyłącznie zakupy walutowe. I
nieruchomości - w Polsce jest zwyczaj, że najem w biznesie opiera się na czynszach wyrażonych w walutach.
Sprzyja nam z kolei to, że w naszej branży nie ma załamania popytu. Zaspokajamy podstawowe potrzeby - potrzebę rozmowy, kontaktu. Jeśli ludzie decydują się na ograniczenia w związku z kryzysem, to zazwyczaj rezygnują dopiero z trzeciego czy czwartego telefonu w rodzinie, a często nawet nie rezygnują, tylko wybierają inne taryfy lub ofertę prepaid.
Rok temu wystartowaliście z prepaidową marką 36,6. Znalazła uznanie? - Wystartowaliśmy w dobrym okresie i wyniki marki w ubiegłym roku to potwierdziły. W tym roku dekoniunktura na rynku najsilniej wpływa na segment prepaid. Biorąc jednak pod uwagę to, że mamy stabilnie rosnącą bazę klientów w 36,6 - blisko 1,2 mln w rok na nasyconym przecież rynku - uznajemy to za duży sukces.
Ostatnio zaskoczyliście rynek propozycją obniżenia do zera stawek MTR (operatorzy płacą je sobie nawzajem za to, że klienci jednej sieci dzwonią do innej). - Przez jakiś czas rozgrywała się batalia, inicjowana głównie przez UKE, z której wynikało, że obniżenie stawek MTR spowoduje obniżkę cen detalicznych. Nie jest to prawdą. Stawki MTR nie mają żadnego znaczenia dla cen, jakie są na rynku. Oczywiście pod warunkiem że są symetryczne - takie same dla wszystkich operatorów. Tymczasem w Polsce jest bardzo silna, wręcz nieprawdopodobna asymetria, nigdzie niespotykana. Korzysta na niej tak naprawdę tylko jeden podmiot - P4, operator Playa.