Rada nadzorcza PKO BP dopięła swego: na własną rękę zaprowadziła porządek w składzie zarządu banku. Pracę stracili prezes Pruski, który bankiem kierował przez rok, i wiceprezes Tomasz Mirończuk. Potwierdziły się tym samym wczorajsze informacje "Gazety" - pisaliśmy, że dzisiejsze obrady rady nadzorczej mogą mieć "krwawy" przebieg. Tymczasowo stery w banku przejmie Wojciech Papierak, wiceprezes odpowiedzialny za bankowość detaliczną. W najbliższych dniach rada ma ogłosić konkurs na nowego szefa banku.
Na razie nie ma uzasadnienia dymisji Pruskiego. Wiadomo, że rada nie popierała planów prezesa, by wypłacić akcjonariuszom cały ubiegłoroczny zysk na dywidendę. Z kolei z Ministerstwa Skarbu dochodziły głosy, że prezes i wiceprezes podpadli, bo chcieli zbyt drogo kupić od Amerykanów wystawiony na sprzedaż AIG Bank
Polska.
Decyzja była o tyle zaskakująca, że zaledwie tydzień temu walne zgromadzenie akcjonariuszy PKO BP zakończyło kompromisem spór o dywidendę i udzieliło prezesowi Pruskiemu absolutorium. A Marzena Piszczek, szefowa rady nadzorczej PKO, o zeszłorocznych działaniach szefa banku wypowiadała się w superlatywach: - Dzięki dobremu zarządzaniu PKO przejął z rąk Pekao palmę pierwszeństwa na rynku.
Wczoraj okazało się, że były to puste słowa.
Opcja zerowa w białych rękawiczkach W gronie zaskoczonych wczorajszymi decyzjami był też podobno minister skarbu Aleksander Grad. Rzecznik resortu odmówił oficjalnego komentarza, ale przyznał, że dni rady nadzorczej, która tę decyzję podjęła, są już policzone. Rzecznik resortu skarbu Maciej Wewiór potwierdza nam, że minister Grad zwrócił się do zarządu PKO BP,by ten na sierpień zwołał nadzwyczajne walne zgromadzenie akcjonariuszy, w którego programie będą m.in. zmiany w radzie nadzorczej.
Nieoficjalnie urzędnicy Ministerstwa Skarbu mówią, że ponieważ zarząd i rada nadzorcza nie mogli się dogadać, to potrzebna jest tzw. opcja zerowa. To znaczy, że skoro nie są w stanie współpracować, stanowiska stracą wszyscy skonfliktowani członkowie zarządu i rady nadzorczej. A minister - oficjalnie - nie ma z tym nic wspólnego.
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze Wiadomo jednak, że minister Aleksander Grad nigdy nie był fanem Jerzego Pruskiego. Otwarta wojna między nimi wybuchła miesiąc temu, kiedy prezes PKO BP zaproponował, by bank przeznaczył prawie cały ubiegłoroczny zysk (blisko 3 mld zł) na dywidendę dla akcjonariuszy. Kilka miesięcy później bank miał wyemitować nowe akcje. Pruski szedł w ten sposób na rękę ministrowi finansów, który pilnie poszukiwał pieniędzy na zatkanie dziury budżetowej.
Pomysł oburzył jednak ministra skarbu, który oświadczył, że jest nim zaskoczony, a jego plan był inny: najpierw emisja, a dopiero potem dywidenda.
Rostowski, Pruski i Grad przerzucali się argumentami aż do ubiegłego wtorku, kiedy odbyło się walne banku. W ostatniej chwili skarb państwa wybrał rozwiązanie kompromisowe: postanowił, że do kieszeni akcjonariuszy trafi na razie 1 mld zł, a kolejne 2 mld zł dostaną oni później w formie zaliczki na zysk za ten i przyszły rok. Luka w kapitałach miała zostać zasypana dzięki emisji nowych akcji, z której bank chciał pozyskać w sumie 5 mld zł.
Emisja w atmosferze chaosu Ale atmosfera chaosu i nieprzewidywalności, która od kilku tygodni otacza największy polski bank, może postawić sens całej operacji pod znakiem zapytania. Marcin Materna, szef działu analiz DM Millennium, jest zdania, że chętni na akcje pewnie się znajdą. - Ale cena, jaką będą gotowi zapłacić za akcje banku, może okazać się znacznie niższa, niż bank oczekuje - stwierdza.
Marek Juraś z DM BZ WBK również przyznaje, że ten bałagan nie służy PKO BP. Wskazuje jednak, że jeśli skarb państwa nie zrezygnuje z pobrania od banku dywidendy, PKO BP po prostu nie będzie miał innego wyjścia i nowe akcje będzie musiał wyemitować.
Z oświadczenia byłego prezesa PKO BP Jerzego Pruskiego - Nie przedstawiono mi przyczyn odwołania - napisał w wieczornym oświadczeniu Jerzy Pruski. Zapewnił, że zostawia bank w bardzo dobrym stanie. - W czasie, gdy kierowałem PKO BP, wrócił on na pozycję lidera polskiej bankowości, osiągnął bardzo dobre wyniki finansowe i odbudował bazę depozytową stwarzając podstawy do dalszego rozwoju - podsumował odwołany prezes.
Tomasz Mirończuk, odwołany wiceprezes, również oświadczył, że rada nie przedstawiła mu żadnych merytorycznych przyczyn dymisji.
Komentarz Rada nadzorcza PKO BP, największego polskiego banku, niespodziewanie wyrzuciła wczoraj z
pracy prezesa banku Jerzego Pruskiego. To niezrozumiała decyzja. Zaledwie tydzień temu, podczas obrad walnego zgromadzenia akcjonariuszy, szefowa rady Marzena Piszczek publicznie komplementowała Pruskiego. A walne zgromadzenie udzieliło mu absolutorium.
Między prezesem PKO BP a Ministerstwem Skarbu i kontrolowaną przez resort radą nadzorczą banku od dawna iskrzyło. Prezes, mając wsparcie ministra finansów Jacka Rostowskiego, gotów był przeznaczyć cały ubiegłoroczny zysk na dywidendę, by ratować budżet państwa. Minister skarbu, wspierany przez radę, a także Komisję Nadzoru Finansowego i
bank centralny, chciał pozostawić zysk w banku.
Stanęło na rozwiązaniu kompromisowym - wypłacie akcjonariuszom jednej trzeciej zysku na dywidendę i obietnicy dodatkowej wypłaty w przyszłości. Wydawało się, że topór wojenny został zakopany.
Nic z tego. To dopiero początek zamieszania. Minister skarbu Aleksander Grad chce zwołać na początek sierpnia walne zgromadzenie i - jak nieoficjalnie mówią przedstawiciele resortu - odwołać również radę nadzorczą. Czy to oznacza, że minister Grad umywa ręce, nie chcąc ponosić odpowiedzialności za konsekwencje działań rady?
A konsekwencje mogą być poważne. Zmiana prezesa i - prawdopodobnie - także rady nadzorczej, może zaszkodzić emisji nowych akcji, którą planuje bank. Jeśli emisja się nie sprzeda, bank zostanie osłabiony kapitałowo. I to minister skarbu będzie za to odpowiedzialny, niezależnie od tego, jak wielkie gromy będzie ciskał na członków rady nadzorczej.
Co odwołanie prezesa Pruskiego oznacza dla ponad sześciu milionów klientów PKO BP? Z dnia na dzień nic się nie zmieni. PKO BP jest jak wielki okręt, który może przez pewien czas płynąć bez sternika. Ale na dłuższą metę bank, którego prezesi zmieniają się co kilka, kilkanaście miesięcy, nie wiadomo dokąd dopłynie.