Półtora roku temu Agencja Rezerw Materiałowych nałożyła na handlującą paliwami spółkę J&S największą karę w historii III RP - 461 mln zł. Powód? Brak obowiązkowych rezerw ropy. Dzięki takim rezerwom państwa nieposiadające własnych złóż są zabezpieczone przed nagłym przerwaniem dostaw. W Polsce rezerwy ropy muszą wystarczyć na 90 dni, a gazu - na 30 dni średniego
importu.
Karanie J&S wyglądało jak farsa - resort gospodarki musiał karę najpierw unieważnić, a potem Agencja nałożyła ją jeszcze raz. Ustawa o obowiązkowych rezerwach jest bowiem wyjątkowo niejasna. Nic dziwnego, że resort zdecydował się ją zmienić.
Dziś to firmy są odpowiedzialne za gromadzenie zapasów. Prowadzi to jednak do wielu problemów - począwszy od trudności w rozstrzygnięciu, do kogo należy zmagazynowana ropa, a skończywszy na utrudnianiu dostępu do rynku małym firmom, które muszą wynajmować magazyny u rynkowych potentatów. Z powodu obowiązkowych rezerw kilka lat temu nie udało się np. wejść na polski rynek gazu węgierskiej firmie Emfesz, należącej wtedy do ukraińskiego oligarchy Dmytra Firtasza.
Resort chce odciążyć spółki paliwowe od obowiązku fizycznego utrzymywania zapasów. Magazynowaniem ropy i gazu zajęłaby się specjalna agencja rządowa, a firmy paliwowe po prostu płaciłyby jej za to określoną stawkę. Żeby zapłacić za już istniejące rezerwy, agencja wyemitowałaby obligacje bądź zaciągnęła kredyt.
Propozycje resortu poparł już PKN Orlen, który choć ma własne magazyny, to chętnie pozbyłby się związanych z nimi kosztów. - Obecny system utrzymywania zapasów zaciemnia bilans spółek. Gdy cena ropy spada, powstają "papierowe" straty na magazynowanym surowcu, a gdy rośnie, są generowane "papierowe" zyski - powiedział we wtorek PAP rzecznik PKN Orlen Dawid Piekarz. -
Polska jest jedynym krajem w UE, gdzie prywatne firmy utrzymują zapasy strategiczne państwa w całości na swój koszt - dodał.
Propozycje resortu wymagają zmiany ustawy o obowiązkowych rezerwach. Kiedy mogłaby wejść w życie - nie wiadomo.