Twierdzenie min. Grada, że dymisja była suwerenną decyzją rady, jest mydleniem oczu. To minister mianował większość członków rady, włącznie z przewodniczącą Marzeną Piszczek zatrudnioną w oddziale ministerstwa w Krakowie, która najgoręcej opowiadała się za odwołaniem Pruskiego - komentuje Witold Gadomski
>
Bankowy gigant nie ma już prezesa, a w sierpniu może utracić radę nadzorczą. Minister skarbu, który kontroluje 51 proc. akcji banku, uważa ponoć, że skoro rada nie dogadała się z prezesem, to trzeba wyrzucić i jednych, i drugiego. Tyle że wcześniej Aleksander Grad sam powołał większość członków tej rady!
O co chodzi w tym chaosie?
Ekonomiści nie rozumieją. - Dlaczego rada odwołuje prezesa Jerzego Pruskiego, który się sprawdził? To błąd - ocenia Jerzy Osiatyński, b. minister finansów i b. członek rady PKO BP.
Rzeczywiście, ledwie dziesięć dni temu rada nadzorcza pozytywnie oceniła działalność szefa PKO BP. Bank miał w 2008 r. najwyższy zysk w historii - 3 mld zł.
Wszystko wskazuje na to, że prezes Pruski padł ofiarą konfliktu w rządzie. Osiatyński sądzi, że ministrowie Tuska najpierw uzgodnili, że wezmą z banku cały zeszłoroczny zysk, by ratować
budżet, ale potem minister skarbu się rozmyślił. Stanęło na kompromisie (bank ma oddać jedną trzecią zysku na dywidendę), ale Pruski i tak musiał odejść.
- Nie rozumiem, dlaczego za konflikt między ministrami ma płacić bank i jego prezes - denerwuje się Osiatyński.
PKO BP, który obsługuje ponad 6 mln Polaków i udziela nam co trzeciego kredytu hipotecznego, jest dla polityków łakomym kąskiem. Państwowy pakiet akcji wart jest po cenie giełdowej aż 25 mld zł! Jednak analitycy ostrzegają: tym razem politycy w zabawie bankiem przesadzili.
Mimo odwołania prezesa PKO BP szykuje się do wielkiej emisji - jesienią chce sprzedać akcje za 5 mld zł. Pieniądze mają iść na udzielanie kredytów i kolejną dywidendę, m.in. do skarbu państwa. Ale czy to się może udać?
- W świat poszła wiadomość o odwołaniu prezesa i jakiejś awanturze. Inwestorzy jej nie rozumieją. Czy kupią akcje za setki milionów euro? Nie dam sobie ręki uciąć -mówi nam anonimowo analityk banku z Londynu.
Zdaniem Marka Jurasia z BZ WBK dymisje prezesa i rady nadzorczej spowodują, że prace nad emisją akcji zwolnią tempo.
Nawet jeśli bank akcje sprzeda, to po jakiej cenie? Jeśli taniej, straci setki milionów. Ile? Tego żaden analityk nie podejmuje się oszacować.
Nad PKO BP wisi chyba fatum. Jesienią 2006 r. po wygranych przez PiS wyborach z hukiem odszedł długoletni prezes Andrzej Podsiadło. Stery objął Sławomir Skrzypek, człowiek bez doświadczenia, ale bliski współpracownik Lecha Kaczyńskiego.
Gdy Skrzypek poszedł do NBP, nastąpiło bezkrólewie i nieudane konkursy na prezesa. Potem był Rafał Juszczak, rzutki menedżer z rodowodem w Citi Handlowym. Ale i on szybko musiał odejść.
Po ostatnich wyborach przyszedł Pruski. Miał być dowodem na to, że PO stawia na niezależnych fachowców.
Ten najważniejszy polski bank, który ma zapewnić gospodarce stabilność i zachęcić inne banki do udzielania kredytów wyciągających nas z kryzysu, sam jest najmniej stabilny. W konkurencyjnym Pekao prezes Jan Krzysztof Bielecki rządzi od prawie sześciu lat, Sławomir Sikora w Citi Handlowym - sześć lat. Bogusław Kott w tym roku świętuje 20-lecie w banku Millennium.
Jak PKO BP może się w ogóle rozwijać, gdy karuzela z prezesami kręci się tak szybko? Marcin Zdral z firmy doradczej Deloitte uważa, że bank na tym traci: -Wystarczy porównać z innymi. Ile osiągnął np. Getin Bank Leszka Czarneckiego.
Zamiast walczyć o pozycję lidera w regionie, np. z węgierskim OTP, PKO BP drepcze w miejscu. Zdaniem Zdrala ratuje go już tylko masa: jest jak wielki okręt, który trudno wprawić w ruch, ale jeszcze trudniej zatrzymać.
Marcin Materna z Millennium ujmuje to dosadnie: -PKO BP prowadzi tak prostą działalność, że trudno ją zepsuć.