Czwartkowe spotkanie premier - prezydent nazwano przedwcześnie spotkaniem "podatkowym". Premier zapowiadał już w minioną sobotę w Bytowie konieczność spotkania z prezydentem i opozycją, by ustalić, "co można zrobić dla zwiększenia dochodów budżetu" - jednoznacznie zostało to odebrane jako próba sondowania prezydenta, czy ze względu na sytuację budżetu zgodzi się na podwyżkę podatków.
W ciągu tygodnia urzędnicy prezydenccy oraz on sam podkreślali, że to rząd ponosi odpowiedzialność za finanse państwa. Przed samym spotkaniem prezydencki minister Piotr Kownacki zwołał konferencję prasową i wytknął rządowi PO, że choć prezydent od października organizuje spotkania z ekonomistami, rząd nie dostarcza danych o gospodarce. Z teatralnym zdziwieniem zapytał, czy na pewno podwyżkę podatków rozważa PO, która szła do wyborów pod hasłem podatku liniowego. Cytował exposé premiera, w którym zapewniał, że jego rząd będzie działał tylko w kierunku obniżenia podatków.
Niech NBP odda zysk Tusk chyba jednak zaskoczył prezydenta i jego doradców. Na spotkanie nie przyniósł propozycji podwyższania podatków. - To ostateczność - powiedział. Najpierw musimy spróbować wykorzystać wszystkie możliwości zmniejszenia deficytu, a więc oszczędzanie, ograniczenie wydatków, przyspieszenie
prywatyzacji - powtarzał. Zapewnił, że minister skarbu Aleksander Grad już dostał zadanie przygotowania przyspieszonego programu prywatyzacji na 2010 r.
- W tym prezydent i premier byli zgodni, podwyższenie podatków to ostateczność - mówił Kownacki.
Do prezydenta Tusk przyszedł z trzema propozycjami. Chce, by cały zysk Narodowego Banku Polskiego w 2010 r. trafił do budżetu. Według prezydenckiego ministra Piotra Kownackiego Tusk mówił, że w ten sposób kasa państwa dostanie 12-14 mld zł. Dziennikarzom premier po spotkaniu mówił o 10 mld zł. - Bardzo zależy nam na tym, by przy współpracy, także z panem prezydentem, ten zysk, tak jak mówią o tym przepisy prawa, trafił do budżetu państwa - zaznaczył.
- Tu pojawia się kwestia niezależności banku centralnego. Na gruncie konstytucji ten bank jest niezależny od rządu - komentował Kownacki.
Po południu NBP rozesłał do redakcji komunikat, w którym tłumaczy, że w 2008 r. odnotował zerowy wynik finansowy, bo musiał utworzyć rezerwy na pokrycie ryzyka zmian kursu złotego do walut obcych. "Plan finansowy NBP (...) zakłada, że w 2009 r. wynik finansowy banku centralnego również ukształtuje się na poziomie zerowym, co przełoży się na brak wpłaty z zysku do budżetu państwa w 2010 r." - czytamy w komunikacie.
Komunikatem odpowiedziało Ministerstwo Finansów. Przekonuje, że wedle jego szacunków nadwyżka finansowa NBP w 2009 r. będzie wynosiła kilkanaście miliardów złotych. Przypomina, że
bank centralny "ma także przychody niezrealizowane z tytułu różnic kursowych, które na koniec 2008 r. stanowiły ok. 23 mld zł". Zdaniem ministra finansów rezerwa na pokrycie ryzyka zmiany kursu złotego do walut obcych powinna uwzględniać te środki. W tej sytuacji nie będzie potrzeby obciążenia nadwyżki finansowej NBP tą rezerwą, co pozwoli na osiągnięcie wyniku finansowego na poziomie kilkunastu miliardów złotych. I taka właśnie kwota, pomniejszona o 5 proc. na pokrycie strat banku z lat poprzednich, powinna zdaniem Ministerstwa Finansów trafić do budżetu.
- To próba ratowania budżetu kreatywną księgowością. Oznaczałaby konieczność drukowania pustego pieniądza - mówi Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP, partner w firmie doradczej Ernst & Young.
NBP stosuje zasady księgowości przyjęte w europejskim systemie banków centralnych. Musiałby je złamać. Rybiński tłumaczy, że bank centralny musi tworzyć rezerwy na ryzyko kursowe ze względów ostrożnościowych. I nie można po nie sięgać. - Przestańmy o tym rozmawiać. Budżet trzeba ratować szybką prywatyzacją. Dzięki niej w okresie dwóch-trzech lat można zyskać 35-40 mld zł. To realne. Bez tego konieczna może być podwyżka podatków lub cięcie wydatków - dodał.
Lepper i Kołodko też próbowali
W przeszłości też dochodziło do sporów o pieniędze z NBP. W 2003 r. minister finansów Grzegorz Kołodko w dochodach budżetu wpisał m.in. 9 mld zł wziętych z banku centralnego. Źródłem tych pieniędzy miała być rezerwa rewaluacyjna. Kołodko nie zapytał, co o tym sądzi NBP. I zaczęła się burza, bo bank uznał to za zamach na swoją niezależność. Przekonywał, że tych pieniędzy nie ma, bo rezerwa rewaluacyjna to zapis księgowy, różnica wartości
rezerw walutowych przeliczonych na złote w momencie zakupu i w danej chwili. Kołodko pieniędzy nie dostał.
Rękę po pieniądze z rezerwy rewaluacyjnej przez lata wyciągała też Samoobrona. Poszła nawet dalej, proponując w sejmowej komisji finansów "zwiększyć zysk NBP".
Ale bywało również inaczej. Projekt budżetu na 2007 r. zakładał, że NBP wpłaci do kasy państwa 1,97 mld zł zysku. Okazało się, że zysk za 2006 r. był wyższy, i budżet dostał 2,5 mld zł.
Armia może zbroić się w kraju Tusk chce, by w 2010 r. wojsko kupowało tylko polskie uzbrojenie, bo te zakupy są ważne dla naszego przemysłu. Zrezygnować mielibyśmy z drogich zakupów uzbrojenia za granicą. To jednak wymagałoby zmiany programu modernizacji armii i odejścia od zapisanego w ustawie o modernizacji sił zbrojnych wskaźnika wydatków na obronę w wysokości 1,95 proc.
PKB rocznie.
- To był najdłużej dyskutowany punkt. Jako zwierzchnikowi sił zbrojnych prezydentowi będzie go najtrudniej zaakceptować - mówił Kownacki. I tłumaczył, że potrzebujemy nowoczesnej, silnej armii. Premier nie przedstawił szczegółów, wiadomo jednak, że chodzi o programy wyposażenia polskich sił zbrojnych w nowoczesne śmigłowce, informatyzację dowództw, zakup rakiet obrony wybrzeża.
Kolejne oszczędności ma zdaniem premiera przynieść uproszczenie obiegu pieniędzy między
budżetem, otwartymi funduszami emerytalnymi i ZUS-em oraz zmiana sposobu naliczania długu publicznego. Jak miałyby wyglądać te zmiany, nie wiadomo.
- Premier nie powiedział też, ile w sumie pieniędzy mogłaby przynieść realizacja jego pomysłów - mówił Kownacki. - Prezydent nie odżegnuje się od żadnego z tych pomysłów. Chce dalej rozmawiać, ale już o szczegółach. Czeka na konkretne projekty przygotowane przez rząd - tłumaczył prezydencki minister. Dodał, że premier przekonywał, że te rozwiązania wystarczą, by nie podnosić podatków.
Chronić biednych. Zabrać bogatym? A jeśli w kasie państwa wciąż będzie brakować pieniędzy? - Prezydent nie jest skłonny podpisać się pod podwyżkami podatków - stwierdził jego minister Piotr Kownacki. Przekonywał, że nie będzie zgody Pałacu Prezydenckiego na przerzucenie kosztów walki z kryzysem na barki najsłabiej zarabiających. Nie ma więc mowy, by prezydent podpisał ustawę podwyższającą VAT.
Prezydencki minister Paweł Wypych sugerował, że prezydent mógłby się zgodzić na podwyższenie podatku najbogatszym. Ale jak stwierdził, do tego premier się nie spieszy.
- To byłby polityczny cep, który PiS wykorzystałby przed wyborami prezydenckimi, prezydent najpierw "z bólem" by ustawę podpisał, a potem wykorzystał przeciwko Tuskowi - mówi polityk z otoczenia premiera.
- To była cenna rozmowa, która daje nadzieję, że uda się znaleźć rozwiązania, które pomogą budżetowi i nie będą uderzały w obywateli - ocenił na koniec Kownacki. Przyznał, że choć wcześniej uważał, że działalność rządu ma charakter propagandowy, ostatnie spotkanie może napawać optymizmem. f