Leszek Kostrzewski, Piotr Miączyński: Kibicuje pan rządowi w kryzysie? Paweł Wypych, minister w kancelarii prezydenta: Mam wrażenie, że dla mediów polska polityka do tej pory była czymś na kształt Nibylandii, gdzie z góry zostały przypisane role - premier Tusk jest dobrym Piotrusiem Panem, prezydent złym kapitanem Hookiem, a poseł Palikot dyżurnym Dzwoneczkiem, który zaczyna dzwonić, gdy trzeba odwrócić uwagę od problemów rządu czy koalicji.
A bardziej prozą panie ministrze? - Jasne, że kibicuję. Polityczna
gra kryzysem nie wchodzi w rachubę.
Im gorzej w kraju, tym dla nas lepiej - takie można odnieść wrażenie po wypowiedziach prezesa Kaczyńskiego czy posłów PiS. I samego prezydenta też. - Świętym prawem koalicji jest pokazywanie rządu w dobrym świetle, ale opozycji - recenzowanie działań rządu. Rolą prezydenta jest być arbitrem, który ma prawo pytać, oceniać, rozstrzygać.
Prezes Kaczyński po ogłoszeniu przez rząd, że udało się nam - jako nielicznym w UE - uzyskać niewielki, ale jednak wzrost gospodarczy, stwierdził: i tak będzie gorzej. - Kiedy rząd mówi: Polacy, cieszmy się, bo inni mają gorzej, to dla mnie przykład pewnego typu niedobrej mentalności. Mamy cieszyć się z tego, że nie jest gorzej, a nie dlatego, że jest dobrze. Jeszcze raz powtórzę, że opozycja ma recenzować, nie przyklaskiwać.
I opozycja robi to uczciwie? - Poziom konfliktu politycznego w Polsce poszedł za daleko. I winę za to ponoszą rząd i opozycja, choć proporcje nie wydają się równe.
Jeśli głosowana jest dobra ustawa, także opozycja powinna ją poprzeć. To jednak działa w obie strony. Jeśli dobra ustawa pochodzi od prezydenta, także trzeba jej dać szansę. Nie wyrzuca się jej do kosza w pierwszym czytaniu tylko dlatego, że skierował ją do Sejmu Lech Kaczyński. A tak było z bardzo dobrą ustawą o przeciwdziałaniu klęskom żywiołowym.
Teraz premier chce rozmawiać z prezydentem o walce z kryzysem. Dogadacie się? - Jesteśmy po wyborach do europarlamentu. Rząd musi przestać w końcu kierować się tylko PR-em czy słupkami sondaży i wyłożyć karty na stół.
Polakom należy się prawda, bez względu na to, jak byłaby trudna. Dziś według propozycji rządu deficyt
budżetu państwa będzie o 9 mld zł wyższy, niż rząd zapowiadał wcześniej, i wyniesie ponad 27 mld zł.
Przypomnę, jak PO się oburzyła, kiedy kilka miesięcy temu pani poseł PiS Aleksandra Natalii-Świat mówiła że musimy zwiększyć deficyt do 25 mld zł. Teraz robi to samo. A jeszcze w maju minister Rostowski mówił, że opozycja chce, wzywając do podniesienia deficytu, spowodować w Polsce katastrofę
Sytuacja jest taka: cokolwiek zrobimy, będzie bolało. Politycy koalicji zastanawiają się teraz, co będzie bolało mniej, tak aby jak najmniej stracić głosów wyborców. Bolesne będzie ograniczenie wydatków budżetowych - socjalnych, na policję, wojsko, reforma emerytur mundurowych czy KRUS.
Druga możliwość to zwiększenie dochodów. A to oznacza podwyższenie podatków. Bardzo niemiła dla wyborców rzecz.
Rząd musi wybrać, w którą stronę chce iść. A co robi? Usiłuje odwrócić kota ogonem. Mówi - zwrócimy się do pana prezydenta i uchwalimy to, co mu się spodoba i na co będziemy mieli gwarancję, że zostanie przez niego podpisane.
To chyba rozsądne. W kryzysie potrzebujemy szybkich decyzji. - To sprytna próba przerzucenia kosztów tej decyzji na prezydenta. Premier może później wystąpić z orędziem w stylu: "Narodzie - boli, ale tylko dlatego, że nie mogliśmy zrealizować swoich planów. Gdyby przeszły nasze pomysły, bolałoby dużo mniej. I kto jest winien waszym problemom? Prezydent!".