Nie milkną komentarze po czwartkowej wypowiedzi premiera o chęci sięgnięcia do pieniędzy NBP. W czasie spotkania z prezydentem Donald Tusk powiedział, że chce, by tegoroczny zysk banku centralnego w 2010 r. trafił do
budżetu. W ocenie szefa rządu miałoby to być 10 mld zł. - Bardzo zależy nam na tym, by przy współpracy, także z panem prezydentem, ten zysk, tak jak mówią o tym przepisy prawa, trafił do budżetu państwa - tłumaczył dziennikarzom premier. Dzięki m.in. pieniądzom z NBP rząd chciałby uniknąć podwyższania podatków w przyszłym roku.
- Cała interpretacja tego zdarzenia utrzymana w takim tonie, że trzeba rozmawiać z prezydentem, bo on może uruchomić prezesa NBP Sławomira Skrzypka, a ten zrobi to, czego się od niego oczekuje, jest istotnym podważaniem zapisanej w konstytucji i ustawach zasady niezależności banku centralnego - mówi prof. Dariusz Filar, członek Rady Polityki Pieniężnej. - W zapisach tych chodzi właśnie o to, żeby nikt z zewnątrz nie mógł dowolnie wpływać na decyzje banku, bo to mogłoby zachwiać finansami całego państwa. Bardzo nie chciałbym, by powstało w głowach obywateli przekonanie, że prezydent może coś kazać prezesowi NBP, a prezes to bezwarunkowo spełni.
Zdaniem prof. Filara ostateczna decyzja o tym, co się stanie z nadwyżką banku centralnego i czy zostanie ona przekształcona w zysk, to nie jest indywidualna decyzja prezesa banku. - To zarząd banku przygotowuje stanowisko w tej sprawie. Potem musi je zaaprobować jeszcze Rada Polityki Pieniężnej - tłumaczy prof. Filar.
Problem w tym, że wcale nie wiadomo, czy NBP będzie miał w tym roku zysk. W czwartek w komunikacie bank stwierdził najpierw, że "plan finansowy NBP (...) zakłada, iż w 2009 r. wynik finansowy banku centralnego ukształtuje się na poziomie zerowym". Tłumaczył, że zgodnie z ustawą o NBP zmuszony jest do tworzenia rezerwy na pokrycie ryzyka zmian kursu złotego do walut obcych. Potem jednak prezes Skrzypek spuścił z tonu. Stwierdził, że "jeżeli będzie to możliwe i wynik finansowy banku będzie na odpowiednim poziomie, NBP przeznaczy część zysku na wsparcie budżetu w tych ciężkich czasach". Dodał, że o przyszłych zyskach NBP będzie można mówić dopiero po ich policzeniu i przygotowaniu przez bank sprawozdania finansowego po zakończeniu roku.
Prof. Filar zwraca uwagę, że nawet jeśli zysk będzie, to w ustawie o NBP jest wyraźny zapis, że 5 proc. tego zysku musi pójść na częściowe pokrycie straty z lat ubiegłych, w tym wypadku z 2007 r. Dopiero pozostałe 95 proc. zysku ma trafić do budżetu. - Nikt nie może teraz powiedzieć w sposób wiążący, że będzie to akurat kilkanaście miliardów złotych. Mówienie już teraz o tym, jaka będzie nadwyżka banku na koniec roku, to budowanie scenariuszy, które nie muszą się sprawdzić - tłumaczył prof. Filar.
W piątek rano oliwy do ognia dolał szef gabinetu politycznego premiera Sławomir Nowak. W TVN 24 powiedział, że NBP może w tym roku nie przekazywać swoich nadwyżek finansowych na rezerwę ryzyka kursowego, tylko wykazać je jako zysk, który mógłby zasilić budżet państwa. Przekonywał, że rezerwy w banku są i tak duże i wyższych nie potrzeba. Dodał, że jeśli NBP mimo to zysku nie wykaże, rząd spróbuje ustawowo "przeksięgować" wypracowane przez bank pieniądze tak, by jednak trafiły do budżetu. Stwierdził, że premier rozmawiał o tym z prezydentem, który zdawał się "zainteresowany i otwarty". - To było światełko w tunelu - stwierdził Nowak.
- Słuchałem tego i nawet nie chcę komentować. To zamach na niezależność banku centralnego - powiedział nam pragnący zachować anonimowość finansista z kręgów zbliżonych do NBP i RPP.
Tymczasem zdaniem szefa Kancelarii Prezydenta Piotra Kownackiego domaganie się, żeby NBP wystawił na ryzyko walutowe rezerwy Polski i stabilność złotówki, jest skrajną nieodpowiedzialnością ze strony rządu, premiera i ministra finansów. Kownacki poinformował, że prezes NBP Sławomir Skrzypek dzwonił do prezydenta. Dodał, że jeżeli
bank centralny na koniec roku będzie miał zysk, "to bez niczyjej łaski i zabiegów" 95 proc. tych środków zostanie wpłaconych - z mocy prawa - do budżetu. Jak zaznaczył, w tej decyzji nie uczestniczy prezydent. Podkreślił jednak, że jeśli nie będzie tego zysku NBP, to nie będzie czego wpłacić do budżetu.
- Sprawa jest kontrowersyjna. O tym, jaki ma być poziom rezerw, powinna decydować RPP, organ niezależny od rządu - uważa Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów.
Z kolei obecny wiceminister finansów Dominik Radziwiłł pytany w TVN CNBC Biznes, czy plany zmian ustawowych, które zagwarantowałyby
budżetowi pieniądze z NBP, nie naruszyłyby konstytucji, odpowiedział, że "można to zrobić ustawowo, nie podważając niezależności NBP". - Myślę, że można to też zrobić poprzez rozmowy z RPP, która nie ma aż tak twardych przekonań, jak sam zarząd Narodowego Banku Polskiego - dodał.
Są już pierwsze komentarze zagraniczne do tego sporu. Zdaniem analityków banku
BNP Paribas, spór o 10 mld zł wypłaty z tegorocznych zysków NBP, które rząd chciałby już teraz zaksięgować, na krótką metę nie ma żadnych skutków dla rynku, ale ilustruje trudne położenie budżetu - twierdzą analitycy banku BNP Paribas. "NBP musiałby dodrukować pieniądze, by móc je przekazać do budżetu" - napisali analitycy w komentarzu. BNP Paribas wyraża też wątpliwość, czy zasady europejskiego systemu rachunkowości banków centralnych dopuszczają taką operację.
Jacek Rostowski, minister finansów w rządzie Tuska: Chce, żeby bank centralny wpłacił do przyszłorocznego budżetu kilkanaście miliardów złotych z zysku za 2009 r. Problem w tym, że - jak dowodzą eksperci - jeszcze nie wiadomo, czy bank będzie miał zysk. Ministerstwo Finansów twierdzi, że tak, bo ma zachomikowane 23 mld zł i pieniędzy starczy zarówno na utworzenie rezerw, jak i na wpłatę do budżetu. Bank, część ekspertów i prawicowi politycy już dowodzą, że żądania ministra finansów to zamach na niezależność NBP
Grzegorz Kołodko, minister finansów w rządzie Millera: W 2003 r. wpisał do dochodów budżetu 9 mld zł z tzw. rezerwy rewaluacyjnej NBP wynoszącej wówczas 27 mld zł. Bank, a także część ekonomistów i polityków grzmiały, że Kołodko dokonuje zamachu na niezależność banku, a pieniędzy i tak nie ma, bo rezerwa rewaluacyjna to tak naprawdę zapis księgowy, różnica w wartości
rezerw walutowych w momencie zakupu i w danej chwili. Kołodko pieniędzy nie dostał.
Andrzej Lepper, lider Samoobrony: Przez lata namawiał do sięgnięcia po pieniądze z rezerw NBP. - Pieniądze są w banku i trzeba je stamtąd wydobyć - mawiał. W 2007 r. w czasie spotkania z posłami Samoobrony (Lepper był wtedy wicepremierem w rządzie Kaczyńskiego) Sławomir Skrzypek, wtedy jeszcze kandydat na prezesa NBP, obiecywał, że przyjrzy się rezerwom. W czasie ślubowania tłumaczył: "Nie powiedziałem, że rozważę rozwiązanie rezerw walutowych". Natomiast wymaga zastanowienia polityka lokowania rezerw. Do rezerw NBP Lepper się nie dobrał. Teraz jednak triumfuje. W ostatni czwartek w TVN 24 przekonywał, że PO kopiuje jego pomysły. Z tą różnicą, że on chciał pieniądze z NBP przeznaczyć na inwestycje, np. budowę dróg, a PO chce je przejeść