W ramach projektu World Internet Project dr Jeffrey Cole od dziesięciu lat bada, jak zmieniają się nawyki internautów. - Takiego badania zabrakło, kiedy powstawała telewizja - mówi Cole, który kieruje Centrum Cyfrowej Przyszłości (Center for Digital Future) na Uniwersytecie Południowej Karoliny. Co roku w projekcie uczestniczy ok. 2 tys. internautów z każdego z krajów partnerskich (dziś jest ich ponad 20). W badaniu biorą już udział nasi sąsiedzi - Czechy i
Węgry -
Polska, jak mówi nam Cole, być może pojawi się w następnym roku.
Tomasz Grynkiewicz: Gdy zaczynaliście badania, mieliście jakieś wyobrażenia, w którą stronę może podążyć internet. Co was zaskoczyło? Jeffrey Cole: Obstawialiśmy, że popularne będą internetowe zakupy, a e-mail nadal będzie odgrywał bardzo ważną rolę w sieci. Nie dostrzegliśmy jednak tak nagłego rozwoju serwisów społecznościowych - MySpace i
Facebook stały się światowymi ikonami. A Twitter? Kto jeszcze trzy lata temu mógł przewidzieć jego popularność? Nie przewidzieliśmy też, co dziś widać w Iranie, że te serwisy tak przydadzą się internautom w cyberkonflikcie na linii obywatel - państwo.
Mówimy o boomie na serwisy społecznościowe, a jednak krytykował pan kupno MySpace przez Ruperta Murdocha. - Nie samą inwestycję, ale podejście. News Corp. robił wiele szumu wokół MySpace, liczył na to, że utrzymają w serwisie nastolatków. Wiadomo - wszyscy reklamodawcy uwielbiają młodzież. Problem polegał na tym, że nie dostrzegli, że serwisy społecznościowe są jak nocne kluby. A one nigdy nie pozostają popularne zbyt długo. Pierwsi użytkownicy są cool, jest też pewien magnes w tym, że mogą polecić klub znajomym. Ale kiedy wokół zaczyna się pojawiać zbyt wiele nieciekawych osób, robi się zbyt tłoczno, wychodzą na poszukiwanie nowego miejsca.
Jeszcze dwa lata temu MySpace miał dwukrotnie więcej użytkowników niż Facebook. Dziś sytuacja jest odwrotna.
Ale za kilka lat to samo czeka Facebook. Założę się, że w ciągu pięciu lat nie zobaczymy w serwisie zbyt wiele młodzieży. Z konta nie zrezygnują, ale nie będą już aktywni. Znajdą nowy klub. Będą szukali, bo w serwisy społecznościowe wchodzi nie tylko młodzież. A dla nich największy dziś koszmar to dostać od ojca czy matki zaproszenie: "Dodaj do znajomych". Zabawa się kończy, bo kto chciałby chodzić z rodzicami do nocnego klubu?
Poza tym Facebook tak jak i inne serwisy ma większy problem na głowie.
Jaki? - Musi znaleźć sposób, jak zarabiać. Mark Zuckerberg, właściciel Facebooka, niemal z dnia na dzień wskoczył na listę "Forbesa" jako najmłodszy miliarder. Ale czy za rok nadal będzie miliarderem? Czy może zobaczymy go przy autostradzie z wielkim kartonem z napisem: "Pracujemy na jedzenie"? Model zarabiania na takich serwisach jeszcze się nie wykształcił.
A mikropłatności? - Nie sądzę, by mogły przynieść znaczące przychody. Mogę się mylić, ale moim zdaniem w ciągu kilku lat mikropłatności znikną, nawet iTunes może przejść na model reklam. Problem polega na tym, że reklamy, na których będzie się opierać większość usług, rządzą się innymi regułami w serwisach, do których internauci mają bardzo osobisty stosunek.
Gdy mówi się o internecie, często powtarzana jest teza, że przyniesie śmierć tradycyjnym mediom - Gdyby była prawdziwa,
radio wymarłoby wraz z pojawieniem się telewizji. Media się zmieniają, adaptują do nowych warunków. Choć biznes, jaki wokół siebie zbudowały, pod wpływem internetu niewątpliwie się kurczy.
Z wyjątkiem telewizji - ta praktycznie nigdy nie istniała poza domem. Teraz ma taką szansę. Czekałem kiedyś na samolot, wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do matki. I usłyszałem: "Co, utknąłeś gdzieś i nie masz co robić?". Mobilna telewizja wypełni te luki, chwile, gdy taksówka stoi w korku, gdy czekamy na lotnisku na odprawę etc. I nie będzie przy tym konkurencją dla telewizji na dużym ekranie, ale raczej uzupełnieniem.
A gazety? - Naiwnością byłoby sądzić, a takie przekonanie pokutowało jeszcze jakiś czas temu, że dzisiejsza młodzież sięgnie po gazety, gdy dorośnie. Nie sięgnie. W każdym kraju potwierdza się nam prawidłowość: kiedy z internetu zaczyna korzystać przynajmniej 30 proc. populacji, czytelnictwo gazet spada. Z drugiej strony - internet otwiera gazetom zupełnie nowe możliwości. Popyt na informacje jest dziś większy niż kiedykolwiek w ciągu ostatniej dekady, mamy najwyższe wskaźniki od początku badań. W
USA internauci w tygodniu poświęcają średnio 53 minuty na czytanie elektronicznych wydań gazet. Dwa lata temu zajmowało im to 41 minut. Po raz pierwszy też od czasów radia i telewizji gazety mają szansę powrócić do konkurowania z nimi szybkością podawania informacji. Biznes się skurczy, ale internet niesie też oszczędności - dziś nawet 60-75 proc. wydatków prasowych wydawców pochłania druk i dystrybucja. Wydawcy mogą zyskać, muszą tylko podjąć zdecydowane i odważne ruchy.