Dokumenty zaczął wczoraj ujawniać branżowy serwis TechCrunch, wypłynęły też we francuskim serwisie Korben. Pliki wyciągnięte z kont pracowników Twittera wysłał redakcjom anonimowy internauta podpisujący się "Hacker Croll".
W sumie dokumentów było ponad trzysta - w tym m.in. notatki ze spotkań, kody do biura firmy w San Francisco, plan biura, projekty koszulek i czapek z logo Twittera, dane o płacach pracowników, ich numery kart kredytowych i w końcu dane osób, które ubiegały się kierownicze stanowiska w Twitterze.
- Spędziliśmy cały wieczór, czytając dokumenty. Większość byłaby krępująca dla wielu osób, ale pod innymi względami mało interesująca - napisał Michael Arrington, założyciel serwisu TechCrunch. Dodał, że przed publikacją skontaktowali się z prawnikami Twittera, i pewnych rzeczy zdecydowali się nie publikować.
TechCrunch ujawnił za to np. pomysł na telewizyjny reality show "Final Tweet". I prognozy finansowe serwisu, który dziś nie zarabia ani centa, choć ma już kilkadziesiąt milionów użytkowników.
Prognoza pochodzi z lutego br. (zarówno Twitter, jak i TechCrunch zaznaczają, że dziś jest nieaktualna i nigdy nie była oficjalnym dokumentem). Twitter spodziewał się wówczas, że pierwsze przychody zanotuje w trzecim kwartale 2009 r. Choć raczej skromne, bo raptem 400 tys. dol. Ale już w czwartym kwartale miały to być 4 mln dol., a w 2010 r. - 140 mln dol.
W 2013 r. Twitter - przynajmniej według wewnętrznych prognoz - byłby już hegemonem - miliard użytkowników, ponad 5 tys. pracowników, ponad 1,5 mld dol. przychodów i 111 mln dol. zysku netto. Roczny koszt utrzymania jednego użytkownika spółka szacowała na nieco ponad jednego dolara.
"Jesteśmy w kontakcie z prawnikami, którzy badają, co wyciek dokumentów oznacza dla Twittera, dla hakera i wszystkich, którzy rozpowszechniają lub publikują poufne informacje" - brzmi komunikat w oficjalnym
blogu spółki.
Nie mniej ciekawy od finansowych prognoz Twittera jest sposób, w jaki haker wszedł w ich posiadanie. Zaczęło się od konta pocztowego jednego z menedżerów spółki, przy czym haker nie używał żadnych skomplikowanych narzędzi - namierzył prywatny adres pracownika na koncie
Gmail (skrzynka pocztowa od
Google) i wszedł na niego, zgadując odpowiedź na tzw. pytanie pomocnicze. Zwykle to "nazwisko panieńskie matki" lub "imię psa". Odpowiadając poprawnie na takie pytanie, można nowe hasło przesłać na dowolny adres e-mail. I z tego skorzystał "Hacker Croll", zyskując dostęp do maili menedżera i służbowych dokumentów przechowywanych na prywatnym koncie.
Udało mu się też wejść na skrzynkę pocztową żony Evana Williamsa, szefa Twittera, zdobył też dane z jej kont na Amazonie i koncie PayPal.
To niejedyna wpadka - jak ujawnił TechCrunch, hasło do jednego z serwerów Twittera brzmiało po prostu "password".
- Cóż, w świecie, gdy każdy dzieli się na Twitterze każdym aspektem życia, imiona
dzieci i zwierząt są publicznie dostępne i nawet najgłupszy haker może na nie trafić - skomentował Biz Stone, współzałożyciel Twittera.