Google swoje wyniki opublikował w czwartek wieczorem polskiego czasu. Przy przychodach 4 mld dol., w drugim kwartale zarobił na czysto 1,48 mld dol. Oznaczało to wzrost przychodów o 2,9 proc., przy zysku - o 19 proc. (obie dane w porównaniu z analogicznym okresem w ub. r.). Mimo to wyniki koncernu nie przekonały inwestorów - na zamknięciu giełdy akcje spadły o 3,5 proc.
Co zadecydowało? Głównie porównanie z początkiem roku - przychody spadły o 6,2 proc., zmniejszyła się też - o 2 proc. - liczba płatnych kliknięć w reklamy.
Do tego doszły nienajlepsze prognozy analityków - z opublikowanych niedawno szacunków firmy ZenithOptimedia Group wynika, że rynek e-reklamy wzrośnie w tym roku tylko o 10 proc. (w 2008 r. było to 22 proc.)
- Widać, że Google nadal cierpi na osłabieniu gospodarki - mówi Sandeep Aggarwal, analityk firmy Collins Stewart. Jego zdaniem wzrost przychodów i zysku wynika raczej z cięć w koncernie, niż z tego, że odwraca się trend na rynku.
Google zwolnił w tym roku ok. 200 pracowników (głównie w działach sprzedaży i marketingu), zamknął też oddziały zajmujące się reklamą radiową i prasową.
Szefowie koncernu przyznają, że odczuwają ograniczenie budżetów na reklamę ze strony branży finansowej. Ale podkreślają, że słupki pną się w górę np. w turystyce.
- Zbyt wcześnie, by prognozować, kiedy nadejdzie odbicie gospodarki. Jeszcze kwartał temu nie mieliśmy pojęcia, gdzie jest dno - mówił Eric Schmidt, szef Google. - Ale przynajmniej w tym momencie nie widzimy dołującej spirali, jaką przewidywaliśmy pół roku temu - dodawał.
Podczas konferencji menedżerowie Google sporo czasu poświęcili kondycji YouTube - w 2006 r. koncern przejął go za 1,65 mld dol., ale najpopularniejszy na świecie serwis z plikami
wideo do dziś jest pod kreską. - YouTube wszedł teraz na ścieżkę, z której jesteśmy zadowoleni - przekonywał Schmidt. I dodawał, że liczba oglądanych plików z reklamami (nie wszystkie klipy na YouTube są opatrzone reklamami) wzrosła w zeszłym roku trzykrotnie, do kilku miliardów.
- Jesteśmy zadowoleni z tempa przychodów YouTube'a, i w nie tak dalekiej przyszłości spodziewamy się, że będzie to dla nas interes przynoszący spore zyski - wtórował mu
dyrektor finansowy koncernu Patrick Pichette.