Gigantyczną emisję akcji wartą 5 mld zł uchwaliło pod koniec czerwca walne zgromadzenie akcjonariuszy PKO BP, w którym pierwsze skrzypce
gra skarb państwa (kontroluje 51 proc. akcji PKO). Dochód z nowych papierów ma pokryć dziurę w kapitałach powstałą po wypłacie z banku miliarda złotych dywidendy z ubiegłorocznego zysku. Ma też dać bankowi dodatkowe pieniądze na udzielanie kredytów oraz pozwolić na wypłatę akcjonariuszom (w tym skarbowi państwa) pod koniec roku drugiej, dodatkowej dywidendy.
Sęk w tym, że harmonogram sprzedaży nowych akcji przyjęty przez walne zgromadzenie budzi kontrowersje wśród analityków. Inwestorzy mieliby wyłożyć pieniądze na nowe akcje dopiero pod koniec listopada lub na początku grudnia. - To okres pustych portfeli: indywidualni inwestorzy kupują już prezenty choinkowe, a fundusze porządkują swoje inwestycje, niechętnie planując nowe - mówi nam analityk dużego banku inwestycyjnego z Londynu (nie chce ujawniać nazwiska, bo jego bank startuje w konkursie na doradcę przy sprzedaży akcji PKO).
Jerzy Pruski, do niedawna prezes PKO BP, chciał przeprowadzić emisję wcześniej, w październiku. Ale po konflikcie z radą nadzorczą o wysokość wypłacanej przez bank dywidendy musiał odejść ze stanowiska. I walne zmieniło jego plany. Poza opóźnieniem sprzedaży papierów akcjonariusze zmniejszyli też proponowaną przez Pruskiego maksymalną liczbę sprzedawanych akcji z 650 do 300 mln.
Tomasz Mironczuk, odwołany razem z Pruskim b. wiceprezes PKO BP, przekonuje, że w tych okolicznościach emisja jest zagrożona. - Sprzedaż akcji w listopadzie oznaczać może kłopoty z popytem nie tylko z powodu terminu, ale też dlatego że półroczne dane finansowe zawarte w prospekcie emisyjnym do tego czasu mogą się przedawnić - mówi Mironczuk.
Z kolei zmniejszenie limitu liczby akcji może być niebezpieczne, jeśli giełdowy kurs już notowanych papierów PKO - dziś ok. 28,5 zł - z jakichś przyczyn spadnie np. do 16-17 zł (w samym dołku bessy na początku tego roku
akcje PKO BP kosztowały ok. 18,5 zł). Żeby inwestorzy chcieli kupić nowe akcje, muszą one kosztować mniej niż stare. Żeby z 300 mln nowych akcji zebrać 5 mld zł, każda musiałaby kosztować co najmniej 17 zł. - Kto kupi nowe akcje bez dyskonta w stosunku do ceny starych papierów? - pyta Mironczuk.
Jakby tego było mało, PKO BP jest obecnie bez prezesa. Konkurs na następcę Jerzego Pruskiego dopiero startuje, a na razie bankiem rządzi p.o. prezesa Wojciech Papierak. - Inwestorów zapewne będą interesować roszady personalne w banku - przyznaje nasz rozmówca z Londynu. Po dymisji prezesa Pruskiego zmieniła się także osoba z ramienia banku odpowiadająca za przygotowanie emisji.
Rzecznik resortu skarbu Maciej Wewiór nie odpowiada na pytanie, dlaczego wysłannicy ministerstwa na czerwcowe walne PKO BP zmienili uchwałę, opóźniając emisję akcji. Wewiór zapewnia tylko, że skarb państwa zrobi wszystko, żeby projekt sprzedaży akcji przez PKO BP się powiódł.
Z informacji "Gazety" wynika, że władze banku zdają sobie sprawę, że tak zaplanowana emisja może się nie udać. I wspólnie z ministerstwem przygotowują plan B. Nam udało się poznać jego założenia.
Otóż na mającym się odbyć w końcu sierpnia kolejnym walnym zgromadzeniu akcjonariuszy zarząd kierowany przez Papieraka zaproponuje przyspieszenie całej operacji tak, żeby sprzedaż akcji przebiegła w bardziej sprzyjającym czasie. Najpewniej chodzi o powrót do październikowego terminu.
Resort skarbu i bank poważnie rozważają też zwiększenie maksymalnej liczby sprzedawanych akcji lub - i tu kolejna nowość - możliwość zmniejszenia wartości emisji lub zaplanowania jej widełkowo, np. od 3 do 5 mld zł. Dzięki temu emisja, która przyniosłaby np. 4,2 mld zł, nie zostanie uznana za porażkę.
P.o. prezesa PKO BP Wojciech Papierak nie chciał nam oficjalnie potwierdzić informacji o przygotowywanym planie B dla emisji. Odesłał nas do resortu skarbu. Zaś jego rzecznik Maciej Wewiór poprosił, żebyśmy w tej sprawie kontaktowali się z... Papierakiem.
W tle walki o przeprowadzenie emisji akcji w PKO BP trwa karuzela personalna. W czwartek dymisję złożył Michał Chyczewski, wiceprezes Kredobanku, ukraińskiego
banku PKO BP. Kilka dni wcześniej Chyczewski napisał do p.o. prezesa PKO BP list, w którym ostrzegł, że zmiany na szczytach władz banku zwiększają ryzyko bankructwa Kredobanku. Nasi informatorzy w PKO BP twierdzą, że w liście Chyczewski ujawnił poufne dane o programie naprawczym w Kredobanku. Tym samym złamał ukraińskie prawo i jeśli sam nie zrezygnowałby z funkcji, zostałby odwołany.