Ustawa o upadłości konsumenckiej - nadzieja wielu bankrutów - obowiązuje od trzech i pół miesiąca. Obowiązuje, ale nie działa - sądy odsyłają z kwitkiem setki osób.
Magda Sobecka: Do końca nie wierzyłam, że się uda Magda Sobecka prosi o niepodawanie zbyt wielu danych. Wystarczy, że ma 50 lat, od 30 lat w tym samym zakładzie pracy na Pomorzu Zachodnim. Nazwisko jest zmienione.
Kłopoty zaczęły się 10 lat temu. Mąż prowadzący firmę eksportową wziął kredyt, a ona podpisała mu weksel bankowy na 50 tys. zł.
- To był jego biznes, do którego się nie wtrącałam. Mieliśmy rozdzielność majątkową.
O mężu też nie powie, macha ręką.
Zgodziła się na podpisanie weksla, bo w banku powiedzieli, że firma męża jest wypłacalna, a jej majątek starczy na pokrycie wszystkich długów.
- Ale kontrahenci nie płacili i firma padła. I wtedy bańka mydlana pękła. Zostałam z wekslem i tylko moją pensją, na którą wszedł komornik.
Dług z odsetkami szybko urósł do 130 tys. Zaczęły się wizyty komornika w mieszkaniu matki pani Magdy, gdzie ona mieszkała.
- Od znajomego prawnika usłyszałam o upadłości konsumenckiej. Pomyślałam, że to szansa.
Prawnik nie ukrywał jednak, że będzie ciężko.
Była bliska załamania, gdy okazało się, że aby upaść, musi mieć pieniądze na postępowanie w sądzie i opłacenie syndyka.
- Taki jest wymóg art. 13 ust. 1 ustawy Prawo upadłościowe i naprawcze. Koszty postępowania zwykle wynoszą od 7 do 12 tys. zł. Są niższe niż dla upadających przedsiębiorców, ale ich zdobycie dla człowieka, który znalazł się w kłopotach, jest zwykle wielkim problemem - mówi adwokat Przemysław Maciak z poznańskiej kancelarii prawnej Sójka & Maciak, która zajęła się jej sprawą. Dla Magdy pracowali bez wynagrodzenia.
Maciak: - Potraktowaliśmy to jako rozpoznanie bojem skomplikowanych przepisów.
Dominik Jędrzejko, który sprawę prowadził w kancelarii Sójka & Maciak, tłumaczy, że najtrudniejsze było udokumentowanie, że "niewypłacalność dłużnika powstała na wskutek wyjątkowych i niezależnych od niego okoliczności": - Trzeba było we wniosku uwiarygodnić, że nasza klientka nie wpadła w dług z powodu np. braku rozsądku i że nie miała wpływu na upadek firmy męża. Doszło też, chociaż nie musiało, do jej przesłuchania przed sądem.
Rozprawa odbyła się kilka tygodni temu. - Gdy usłyszałam, że jestem bankrutem, zachciało mi się płakać. Nareszcie poczułam się wolna. Czy pan rozumie, jaka to wolność? - pyta
kobieta.
W połowie czerwca ukazało się ogłoszenie o upadłości Magdy Sobeckiej. Przyszedł syndyk, żeby spisać jej majątek. Musi zostać sprzedany, by chociaż częściowo spłacić wierzycieli. Okazało się, że cały majątek to pensja.
- Miałam też ostatnie zaskórniaki i jakoś te 4 tys. na syndyka wyskrobałam. Prawnicy pracowali pro bono. Bez tego nie byłoby mnie stać na upadłość - mówi Magda Sobecka.
- Byłam tak zdenerwowana, że nawet nie poczęstowałam syndyka herbatą. Ale atmosfera była lepsza, niż gdy przychodził komornik. Czułam się partnerem w rozmowach.
Czeka na kolejną rozprawę. Sąd ma ustalić harmonogram i wielkość spłaty zadłużenia.