Biznes Ludzie Pieniądze

Przyczajony rząd, ukryty zysk NBP

dr Wiesław Szczuka*
20.07.2009 , aktualizacja: 21.07.2009 11:23
A A A Drukuj
Skok na kasę, zamach na niezależność NBP, zabieranie wirtualnych zysków, zmuszanie do drukowania pieniędzy - to tylko niektóre z oskarżeń, jakie posypały się pod adresem rządu, kiedy wyraził on oczekiwanie, że w 2010 r. budżet otrzyma pokaźną wpłatę z zysku NBP
Jak to jest z tym zyskiem NBP?

Awantura o zysk NBP - kalendarium

Większość tych oskarżeń oparta jest na braku znajomości zasad rachunkowości stosowanych przez NBP, a część też na niewłaściwym rozumieniu, bardzo skądinąd ważnej, zasady niezależności banku centralnego. Rząd oczywiście sam przyczynił się też do pojawienia się wielu z tych zarzutów, poruszając się w tej sprawie ze zgrabnością pewnego zwierzęcia w składzie porcelany. Całkowicie odrębną i słusznie podnoszoną kwestią jest też to, że zamiast koncentrować się na poszukiwaniu jednorazowych i/lub mało stabilnych źródeł dochodów, rząd powinien się skupić na poszukiwaniu sposobów trwałego zrównoważenia finansów publicznych, czego nie uda się osiągnąć bez wielu bolesnych i politycznie niepopularnych decyzji.

Zysk NBP, czyli na razie wróżenie z fusów

Odpowiedź na pytanie, o co chodzi w sporze o zysk NBP, jest bardzo prosta: jak zwykle chodzi o pieniądze, a w tym przypadku o bardzo duże pieniądze, szacowane przez rząd na ponad 10 mld zł. Kluczem do rozwiązania tego sporu jest rozstrzygnięcie dwóch kwestii: jak duża może być w tym roku nadwyżka finansowa NBP i jeśli już się pojawi, to na co powinna zostać przeznaczona.

Na pierwsze z tych pytań nie da się udzielić jednoznacznej odpowiedzi, bo do końca tego roku wiele może się jeszcze zmienić, w tym zwłaszcza dojść może do istotnego umocnienia się złotego. Na tym etapie można więc mówić tylko o prognozach zysku NBP, a te niestety nie mają charakteru samosprawdzających się przewidywań. Rząd zapewne nie wziął swych szacunków z sufitu, ale przy ich sporządzania musiał poczynić wiele założeń. Najważniejszym z nich jest chyba oczekiwanie, że skala umacniania się złotego w drugiej połowie tego roku nie będzie zbyt duża. W przeciwnym wypadku na wyniku NBP zaciążyłyby duże koszty niezrealizowanych strat kursowych, które wykluczyłyby nadwyżkę finansową (aby tak się stało kurs złotego do euro musiałby prawdopodobnie zejść w okolice 3,70-3,80). Choć z sugestii przedstawicieli rządu wynika, że NBP osiągnął już do tej pory nadzwyczajnie wysokie przychody z operacji finansowych (głównie dzięki swapom walutowym i zwiększonej sprzedaży walut?), to wcale nie oznacza to jeszcze, że tak dobry wynik utrzyma się do końca roku.

Co do wielkości nadwyżki finansowej NBP trzeba się więc zgodzić, że nikt nie może dziś z całą pewnością stwierdzić, jaki będzie jej poziom na koniec tego roku. Nie w tym jednak tkwi istota sporu. Zasadniczym przedmiotem sporu jest to, ile rezerw powinien posiadać NBP, aby zabezpieczyć się przed ryzykiem kursowym. Inaczej mówiąc, jeśli NBP rzeczywiście wypracuje w tym roku jakąkolwiek nadwyżkę finansową, to jaką jej część powinien przeznaczyć na powiększenie własnych rezerw, a jaką wykazać jako zysk i wpłacić do budżetu państwa.

Spór bierze się stąd, że na to pytanie też nie można udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Uchwała RPP z 19 grudnia 2006 r. mówi tylko, że rezerwa zabezpieczająca przed zmianami kursu walutowego powinna być równa kwocie pokrywającej "zidentyfikowane ryzyko zmian kursu złotego do walut obcych". Nie ma jednak, niestety, jednej powszechnie akceptowanej metody "identyfikowania" takiego ryzyka i nie wiadomo też, jakiego okresu powinien dotyczyć ten szacunek. Ustalając pożądany poziom rezerw, władze NBP muszą więc dokonywać pewnych arbitralnych wyborów, które z natury rzeczy mogą nie pokrywać się z preferencjami rządu zainteresowanego maksymalizacją wpływów do budżetu.

NBP dmucha na zimne, rząd ma pożar w budżecie

Do zaognienia sporu przyczyniły się zapewne dwa przykre doświadczenia z ostatnich lat. Dla NBP taką przykrą niespodzianką mogła być ogromna strata (12,3 mld zł) poniesiona w 2007 r., kiedy to okazało się, że posiadane rezerwy były dalece niewystarczające dla zabezpieczenia się przed skutkami silnej aprecjacji złotego. NBP ma wskutek tego ujemne kapitały własne i choć nie może z tego powodu zbankrutować, to raczej nie stawia go to w zbyt komfortowej sytuacji. Władze NBP wolałyby zapewne teraz "dmuchać na zimne" i dążyć do utrzymywania jak najwyższego poziomu rezerw, tym bardziej że średnioterminowe prognozy wskazują na prawdopodobieństwo dalszego umacniania się złotego.

Dla rządu z kolei pewnym rozczarowaniem mógł być fakt, że pomimo zgromadzenia w pasywach NBP faktycznej rezerwy w wysokości 23 mld zł (w postaci dodatnich różnic z wyceny kursowej aktywów) władze banku centralnego postanowiły podtrzymać swój plan utworzenia nowej rezerwy na pokrycie ryzyka zmian kursu złotego i przeznaczyły na to całą nadwyżkę finansową osiągniętą w 2008 r. (2,1 mld zł). W budżecie na 2009 r. nie przewidziano wprawdzie żadnej wpłaty z zysku NBP, ale rząd z pewnością ucieszyłby się, gdyby władze NBP uznały, że 23 mld zł to kwota wystarczająca do pokrycia zidentyfikowanego ryzyka kursowego, i przekazały ponad 2 mld zł na rachunek dochodów budżetu państwa.

Sprawozdanie finansowe NBP za 2008 r. nie zostało jeszcze zaakceptowane przez Radę Ministrów, więc formalnie sprawa podziału nadwyżki nie jest zamknięta. Trzeba jednak mieć nadzieję, że rząd nie będzie już próbował podważyć podjętej przez władze NBP i zaakceptowanej przez niezależnego audytora decyzji o utworzeniu nowej rezerwy. Można natomiast przypuszczać, że nauczony tym doświadczeniem rząd postanowił zadziałać z odpowiednim wyprzedzeniem w sprawie podziału oczekiwanej w tym roku nadwyżki finansowej NBP i stąd wzięła się próba uświadomienia prezydentowi i całej opinii publicznej, że od arbitralnej w dużej mierze decyzji władz NBP zależeć może, czy wiele miliardów złotych trafi w przyszłym roku do budżetu państwa, czy też do rezerw NBP. Może to być odczytywane przez wielu polityków i analityków jako forma nacisku na bank centralny i osłabianie jego niezależności (zwłaszcza kiedy jeden z najbliższych współpracowników premiera próbuje straszyć NBP zmianami w prawie i przymusowym "przeksięgowaniem" zysku).

Dyskutowanie o optymalnym poziomie rezerw na ryzyko kursowe i o właściwym sposobie podziału rzeczywiście wypracowanej przez NBP nadwyżki finansowej nie ma jednak, w moim przekonaniu, nic wspólnego z mówieniem o wirtualnych zyskach czy też o zmuszaniu NBP do drukowania pieniędzy. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w przypadku Europejskiego Banku Centralnego (na który tak często powołują się przedstawiciele NBP) nie mogłoby w zasadzie dojść do tego rodzaju sporu o wysokość rezerwy na ryzyko kursowe, gdyż jest ona prawnie ograniczona do równowartości kapitału wpłaconego do EBC przez banki centralne krajów strefy euro (4 mld euro w końcu 2008 r.). W związku z wypełnieniem tego limitu EBC musiał pozostałą cześć swej nadwyżki z 2008 r. rozdzielić pomiędzy te banki. Czy jest to ograniczenie niezależności EBC?

Autor jest doradcą zarządu BRE Banku, byłym wiceministrem finansów

Tekst wyraża jego osobiste poglądy.



Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów