Biznes Ludzie Pieniądze

Wicepremier Pawlak przyspiesza prywatyzację

Natalia Waloch, Tomasz Ciechoński, Konrad Niklewicz
21.07.2009 , aktualizacja: 22.07.2009 13:18
A A A Drukuj
Tegoroczne i przyszłoroczne przychody z prywatyzacji będą zbliżone do 30 mld zł - poinformował we wtorek wicepremier i minister gospodarki
Waldemar Pawlak na dożynkach w 1999 r.
Fot. Tomasz Niesłuchowski
Waldemar Pawlak na dożynkach w 1999 r.

Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl



Taki plan - według wypowiedzi wicepremiera dla PAP - poznamy w najbliższym czasie. To by oznaczało spore przyspieszenie rządowych planów. Do tej pory minister skarbu Aleksander Grad przedstawiał bowiem skromniejsze kwoty - w przyszłym roku rząd miał sprzedać spółki za 12-15 mld zł, co łącznie dałoby 24-27 mld zł w 2009 i 2010 r. Lwia część miała pochodzić ze sprzedaży inwestorowi strategicznemu (z zagranicy) koncernu energetycznego Tauron (ok. 10 mld zł) oraz ze sprzedaży innej energetycznej firmy.

Ministerstwo Skarbu było wczoraj zaskoczone zapowiedzią wicepremiera. - Pracujemy nad nową strategią prywatyzacyjną. Szczegóły przedstawimy wkrótce - mówi "Gazecie" Maciej Wewiór, rzecznik prasowy resortu skarbu. I uchyla się od dalszych komentarzy.

To już drugi raz w ciągu ostatnich dni, jak wicepremier minister gospodarki zaskakuje ministra skarbu pomysłami. Poprzednio przedstawił nową koncepcję sprzedawania spółek państwowych: masową prywatyzację menedżersko-pracowniczą dotyczącą nie tylko (jak to się działo do tej pory) małych spółek, ale także tych największych, łącznie z koncernami węglowo-energetycznymi.

Nie bardzo wiadomo, w jaki sposób pogodzić jedną zapowiedź Pawlaka (30 mld zł dochodów z prywatyzacji w 2009 i 2010 r.) z drugą (prywatyzacja pracownicza). Bo ekonomiści - pytani przez "Gazetę" - nie potrafią wyjaśnić, w jaki sposób pracownicy spółek mieliby w krótkim czasie zdobyć tak duże kwoty, by móc swoje spółki wykupić. - Prywatyzacja pracownicza ma sens, jeśli pracownicy są w stanie zaoferować za spółkę takie same lub nawet lepsze pieniądze, niż ewentualny inwestor strategiczny z zagranicy. Prywatyzacja nie może być próbą uprzywilejowanego traktowania pracowników! - mówi "Gazecie" Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha.

"Prywatyzacja pracowniczo-menedżerska" nie zawsze się sprawdza w dużych spółkach. Pokazuje to przykład toruńskich zakładów Metron, producenta urządzeń mierniczych (m.in. wodomierzy). Do końca 2000 r. Metron był państwowy. W 2001 r. została powołana spółka pracownicza. Na mocy umowy z Ministerstwem Skarbu ta pracownicza spółka przejęła 57 proc. udziałów w firmie. Nowi właściciele zostali zobowiązani do zainwestowania w ciągu pierwszych pięciu lat 27,5 mln zł. Mieli też utrzymać zatrudnienie na poziomie co najmniej 800 osób (a pracowało ich wtedy ok. 1000) przez trzy lata.

To, co na papierze wyglądało jak wzorcowa transakcja, w praktyce okazało się być porażką. Już pod koniec 2002 r. zaczęto mówić o kryzysie w firmie. Wtedy wyszło na jaw, że ma problem ze spłatą 725 tys. franków szwajcarskich pożyczonych od Banku Handlowego. Okazało się też, że udziały w firmie dzielono pomiędzy pracowników nie - jak miało być - wedle stażu. Część pracowników dostała większe pożyczki z zakładowego funduszu na zakup udziałów niż inni (sama zresztą koncepcja była dość dziwna, bo oznaczała, że pracownicy kupili zakład za jego własne pieniądze). Efekt był taki, że na prywatyzacji mocno skorzystała niewielka grupa osób, większość pracowników została ze skromnymi udziałami.

Naprawdę gorąco w spółce zrobiło się w lipcu 2006 r., kiedy pracownicy zaczęli protestować przeciw obcięciu premii i polityce zarządu firmy (wtedy dowiedzieli się, że w kasie funduszu zapomogowo-pożyczkowego, na który od lat odciągano im z pensji pieniądze, nie ma ani grosza). W marcu 2007 r. Metron oznajmił, że zwalnia 111 osób, a we wrześniu 2007 r. robotnicy zorganizowali kilkutygodniowy protest, bo nie dostawali pensji - omal nie skończyło się to wywiezieniem prezesa na taczce.

Z każdym kolejnym rokiem było gorzej. Dziś przedsiębiorstwo ma już 70 mln zł długów, z czego ponad 20 mln zł to wierzytelności wobec skarbu państwa, które narosły, kiedy spółka przestała płacić raty za leasing sprzętu, na którym pracuje. Ministerstwo Skarbu wypowiedziało umowę i zażądało wydania majątku.

Metron to żądanie ignoruje, bo twierdzi, że umowa ze skarbem państwa nie została skutecznie rozwiązana. - Sprawa toczy się przed sądem pierwszej instancji, więc pewnie jeszcze trochę potrwa - przyznaje Marek Borkowski, szef delegatury MSP w Toruniu. - Jak na razie mamy związane ręce i nie możemy odebrać majątku - dodaje.

Zarząd Metronu przekonuje, że zdoła wyprowadzić firmę na prostą. Ministerstwo Skarbu Państwa już w to jednak nie wierzy. - Spółka jest w tak dramatycznej sytuacji finansowej, że nawet nie stać jej na przeprowadzenie postępowania upadłościowego - mówi Wewiór. - Dopiero jak odzyskamy kontrolę nad spółką, postanowimy, co dalej. Być może konieczna będzie likwidacja.



Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy