Premier przyznał, że przyszły rok będzie wciąż trudny, ale według niego jest coraz więcej sygnałów świadczących o tym, że "
Polska przechodzi suchą nogą przez trudne miesiące i ma szansę na uniknięcie czarnego scenariusza". Możemy być pierwszym krajem w Europie, który pokona kryzys. I dlatego - tłumaczył Tusk - podwyżka podatków nie będzie potrzebna.
- To populistyczna decyzja - komentował w TVN 24 doradca prezydenta Ryszard Bugaj. Jego zdaniem premier przestraszył się sondażu w "Gazecie", z którego wynikało, że po ewentualnej podwyżce podatków Platforma gwałtownie straci poparcie wyborców. - Jeśli nie będzie podwyżki podatków, to rząd będzie musiał gwałtownie wyprzedawać resztki państwowego majątku. Za małe pieniądze, w cenie złomu - denerwował się Bugaj. Tłumaczył, że w grę wchodzić może także szkodliwe dla gospodarki gwałtowne zwiększenie deficytu.
Inaczej zapowiedź premiera widzi Witold Orłowski z PricewaterhouseCoopers. - To dobrze, że rząd chce uniknąć podwyżki podatków - komentował w piątek. Jego zdaniem kryzys się jednak jeszcze nie skończył, dlatego mówienie, że podwyżka podatków na 100 proc. nie będzie potrzebna, jest nieco przedwczesne. Zdaniem Orłowskiego jest jeszcze 10 proc. niepewności.
- Cieszy mnie ta deklaracja, bo od pewnego czasu politycy coraz częściej sprawiali wrażenie, jakby podwyżka podatków była nieunikniona. Byłoby jednak dobrze, gdyby słowa premiera opierały się na bardziej pewnych przesłankach i perspektywach wzrostu - mówi "Gazecie" ekonomista SGH Ryszard Petru.
Bez emocji słowa premiera komentował też Stanisław Gomółka, były wiceminister finansów, główny ekonomista Business Centre Club. - W obecnej sytuacji jakakolwiek podwyżka i tak zostałaby prawdopodobnie zablokowana przez prezydenta - powiedział "Gazecie".
O podwyżce przyszłorocznych podatków na dobre zaczęło się mówić w czerwcu. Stało się wtedy jasne, że kasa państwa świeci pustkami, bo wpływy z podatków są z powodu kryzysu niższe, niż zapisano w
budżecie. W lipcu rząd przyjął nowelizację tegorocznego budżetu. A minister finansów Jacek Rostowski ostrzegł: - Budżet na 2010 r. będzie jednym z najtrudniejszych budżetów po 1989 r.
Rząd zaczął więc rozważać podwyżkę podatków. Premier Tusk i szef Klubu Parlamentarnego PO Zbigniew Chlebowski od początku zastrzegali jednak, że byłaby ona ostatecznością. - W pierwszej kolejności będziemy redukować wydatki, szukać oszczędności, wykorzystywać środki unijne i prywatyzować - zapowiadali.
Rząd szukał też innych, bardziej kontrowersyjnych pomysłów na ratowanie budżetu. Premier Tusk wywołał burzę, gdy zapowiedział, że rząd chce, by przyszłoroczny budżet wsparł swoim zyskiem Narodowy Bank Polski. NBP odpowiedział początkowo, że zysku nie będzie, bo to, co zarobi, pójdzie na rezerwę związaną ze zmianami
kursów walut. Potem nieco złagodził stanowisko i obiecał, że jeśli coś jednak mu w kasie zostanie, to przekaże to do budżetu.
W ostatnich dniach rząd zapowiedział gwałtowne przyspieszenie
prywatyzacji. W ciągu półtora roku w ten sposób państwo miałoby zyskać nawet 36,7 mld zł. Olbrzymie emocje wywołała sugestia ministra skarbu Aleksandra Grada, by sprzedać udziały w spółkach uważanych dotąd za "strategiczne" (czyli nie do prywatyzacji) - Lotosie i KGHM.
Zdaniem premiera zamieszanie wokół prywatyzacji KGHM wynikło z pewnego nieporozumienia. Minister Grad przedstawił na polecenie Tuska listę spółek skarbu państwa i możliwe wpływy z ich prywatyzacji, ale decyzja o prywatyzacji będzie podjęta przez rząd. Zdaniem premiera dywidenda wypłacana z zysku KGHM w ciągu pięciu-sześciu lat dałaby takie same korzyści dla budżetu państwa jak sprzedaż udziałów skarbu państwa tej spółki. Dlatego szybka
prywatyzacja KGHM nie wydaje się opłacalna z punktu widzenia interesów państwa.
W jaki sposób rząd chce sprzedawać spółki? Tusk uchylił się od odpowiedzi. - Nie jestem od procedur - powiedział. - To sprawa ministra skarbu. Wydałem mu polecenie, by zwiększył wpływy z prywatyzacji, i mam nadzieję, że to wykona - mówił premier.
Pytany o możliwość ograniczenia wydatków Tusk wskazał na becikowe, które dziś jest wypłacane niezależnie od wysokości dochodów. Rząd chce to zmienić ("Gazeta" pisała o tym w piątek).