Leszek Baj: Czyja to wina, że kryzys na Łotwie jest najgłębszy w całej Europie? Andris Laucins*: Wszystkich po trochu. Ci, którzy planują i prowadzą politykę gospodarczą, odpowiadają za to, że nie zdążyli złagodzić kryzysu. Zaczęli działać dopiero, gdy problemy już się pojawiły. Ale winę na siebie muszą wziąć też firmy, banki działające na Łotwie, nieważne, czy łotewskie, czy zagraniczne. Niewiele firm inwestowało we własny rozwój, myśląc długookresowo, większość żyła dzięki bańce konsumpcyjnej. Boom zakupowy sprawił, że handlowanie importowanymi towarami było doskonałym interesem. Firmy były zaślepione tym eldorado. Wreszcie do winy muszą się poczuwać też mieszkańcy naszego kraju. Cieszyliśmy się bardzo mocnym wzrostem dobrobytu. Ale rósł on szybciej niż wydajność naszej pracy. Łotysze drastycznie zwiększyli konsumpcję, często na kredyt. Wszyscy brali udział w tej samej grze.
Na czym ta gra polegała? - Wzrost gospodarczy napędzały głównie inwestycje zagraniczne i konsumpcja. Mieliśmy tego efekty uboczne: inflację, duży deficyt na rachunku obrotów bieżących. Taki poziom wzrostu PKB i sposób rozwoju gospodarki był na dłużej nie do utrzymania, więc mogliśmy się spodziewać recesji, ale zbiegła się ona w czasie z globalnym kryzysem. Stąd dużo większy szok.
Można odnieść wrażenie, że rząd dolewał oliwy do ognia. Pensje w sektorze publicznym rosły nawet o 30-40 proc. rocznie, szybciej niż w sektorze prywatnym. - Nawet w ostatnim roku boomu rząd ściągał menedżerów z sektora prywatnego, dając im wysokie wynagrodzenia. Teraz ci ludzie tracą pracę.
Dziś Łotwa musi ciąć pensje w budżetówce, emerytury. Sięga po międzynarodową pomoc. Można było tego uniknąć? - Oczywiste jest, że nasze władze muszą teraz szybko zrównoważyć budżet. W Europie Zachodniej rządy stosują proste rozwiązanie: zwiększają wydatki na programy stymulujące wzrost. My na Łotwie nie mamy takiego luksusu. W czasie prosperity rząd nie stworzył rezerw. Możemy tylko zoptymalizować wydatki publiczne i pomyśleć już teraz, jak zareagować, kiedy odbije się popyt zagraniczny, szukać konkurencyjnych branż i produktów.
Kryzys na Łotwie zaczął się od sektora finansowego i nieruchomości. Jakie branże teraz cierpią najbardziej? - Wszystkie, których wzrost zależał od sektora nieruchomości, m.in. handel materiałami budowlanymi i usługi z tym związane. Poważne problemy mają też firmy handlujące dobrami trwałego użytku, samochodami, AGD. Jak by tego było mało, firmy odczuwają efekt domina, bo ich partnerzy handlowi nie płacą. I przybywa bankructw.
Ale o dziwo są też branże, które podczas kryzysu radzą sobie naprawdę dobrze, np. transport i tranzyt. Łotewskie koleje jako jedne z nielicznych w Europie zwiększają przewozy towarowe.
A czy Łotwie nie pomogłaby dewaluacja łata przywiązanego sztywno do euro? Przecież gdyby łat był słabszy, eksport stałby się bardziej konkurencyjny. - Na dewaluację trzeba było się zdecydować rok temu. Wtedy prawdopodobnie widać by było pewne pozytywne efekty, a recesja może byłaby nieco łagodniejsza. Teraz jest już za późno.
Jakie reformy powinno się przeprowadzić na Łotwie, by uniknąć kolejnego tak poważnego kryzysu? - Trzeba zrobić wszystko, by zwiększyć naszą konkurencyjność na tle regionu. Powinniśmy obniżać koszty. Nie chodzi tu o obniżanie pensji czy dewaluację łata, lecz o bardziej wyrafinowane procesy produkcji, szybsze dostarczanie towarów na zagraniczne rynki. Poza tym jesteśmy za małym krajem, byśmy mogli być dobrzy we wszystkim, musimy się wyspecjalizować w 3-4 gałęziach przemysłu.
Widzi pan takie sektory? - W kilku mamy przewagę wynikającą z położenia geograficznego. Leżymy pomiędzy Rosją i Morzem Bałtyckim. Mamy trzy głębokie, niezamarzające porty.
Ale to nie są bardzo nowoczesne gałęzie przemysłu. - Mogą być. Właśnie otworzyliśmy terminal węglowy. Można powiedzieć, że to brudny interes wozić węgiel. Ale ten terminal ma zamknięty cykl produkcyjny. Sortowanie i wzbogacanie węgla jest tam całkowicie automatyczne. W efekcie powstaje węgiel bardzo dobrej jakości. Innym sektorem, w którym historycznie byliśmy dobrzy jest leśnictwo. Tu też wbrew pozorom można tworzyć nowoczesne produkty.
Łotewski rząd właśnie podwyższa podatki. Kolejne podwyżki będą od 2010 r. Czy firmy nie uciekną za granicę? - Całkowite obciążenie podatkami na Łotwie wciąż należy do najniższych w Unii. Oczywiście ludzie są niezadowoleni, że podatki rosną, ale pomyślmy racjonalnie: jeśli nie chcesz się przenosić na Bermudy, nie znajdziesz wielu miejsc z dużo niższymi podatkami niż u nas.
Kiedy Łotwa upora się z tym kryzysem? - Nie będzie raczej jakiegoś konkretnego punktu zwrotnego. Pierwsze odżyją te branże, które napędza popyt zagraniczny.
Czy firmy jakoś się do tego przygotowują? - Nie mają wyboru. Naszą jedyną szansą jest teraz sprzedaż za granicę. Nie ma szans na odbicie się popytu krajowego w najbliższym czasie.
*Andris Laucins - partner Ernst & Young w regionie Europy Środkowej i Południowo-Wschodniej, prezes Rady Inwestorów Zagranicznych na Łotwie