Większość bankowców czuje się tak, jakby na głowę wylano im kubeł zimnej wody. Wszystko za sprawą Brunona Bartkiewicza, prezesa
ING Banku Śląskiego, który w rozmowie z "Pulsem Biznesu" zarzucił bankom manipulacje, których ofiarą padają klienci. - Wiadomości, które przekazujemy klientowi, są często źle sformułowane. Banki nie informują, a wprowadzają w błąd. Dlatego mówię: dość manipulowania klientami - grzmiał szef ING.
Szef ING potępił to, w jaki sposób banki zachwalają lokaty i konta oszczędnościowe. W reklamach obiecują krociowe zyski, ale potem okazuje się, że - aby uzyskać wysokie oprocentowanie - trzeba spełnić szereg dodatkowych warunków. Tak jest chociażby w Citi Handlowym, który oferuje 6,06 proc. na koncie SuperOszczędnościowym. Ale konto jest bezpłatne, jeśli klient ma też zwykły rachunek, za który musi już zapłacić min. 3,99 zł. W innym wypadku za konto oszczędnościowe bank każe sobie zapłacić prawie 30 zł. Żeby zarobić na samą opłatę trzeba na koncie w Citi Handlowym odłożyć co najmniej 6 tys. zł. Dodatkowe warunki klientom stawia też Getin Bank, którego reklamę "Lokaty Przebojowej" prześwietlił niedawno Maciej Samcik: obiecywane przez bank 7 proc. dostaniemy, o ile na nowo otwarte konto wpływać będzie cała nasza miesięczna
pensja. Na dodatek, jeśli saldo na koncie spadnie poniżej 1 tys. zł, bank obniży oprocentowanie do 6 proc.
Co o krytycznych uwagach prezesa Bartkiewicza, że banki grają z klientami nie fair, sądzi Michał Handzlik, szef Getin Banku? - Nie zdążyłem jeszcze przeczytać tego artykułu i nie jestem w stanie go ocenić. Ale jeśli ING stosuje jakieś haczyki, to bardzo niedobrze - mówi Handzlik.
Bankowcy z konkurencji, czytając wypowiedzi Bartkiewicza, przecierali oczy ze zdziwienia. - Aż trudno było mi uwierzyć w to, co czytam - mówi przedstawiciel jednego z mniejszych banków. Ale zaraz dodaje gniewnie: - Krytykuje konkurencje, a pewnie sam ma dużo za uszami. Ma. Chociażby to, że w reklamie konta oszczędnościowego nie informował klientów, że tylko jedna wypłata w miesiącu jest bezpłatna, a kolejne są już bardzo kosztowne.
W łagodniejszym tonie wypowiadają się przedstawiciele Związku Banków Polskich. - Trzeba zgodzić się z zarzutami, które przedstawił prezes Bartkiewicz. Działania, o których mówi, powinny być piętnowane, a klienci powinni mieć dostęp do rzetelnej informacji na temat usług finansowych - mówi Przemysław Barbrich, doradca prezesa ZBP. Przypomina, że przy Związku działa komisja etyki, która zajmuje się wykrywaniem złych praktyk.
W nieoficjalnych rozmowach bankowcy tłumaczą, że sposób informowania klientów o produktach finansowych to element walki rynkowej. - Osoby, które zajmują się tworzeniem produktów, często proponują rozmaite haczyki. Jeżeli ktoś w banku nie powie im stanowczego "nie", to takie pomysły są realizowane - mówi przedstawiciel jednego z banków. Tłumaczy też, że "haczyki" są zaraźliwe: bo jeśli jeden bank zaczyna je stosować, przez co klienci walą do niego drzwiami i oknami, to konkurenci po prostu muszą zrobić to samo.
Co na to Komisja Nadzoru Finansowego? Rok temu wydała zbiór zasad reklamy bankowej. Zgodnie z nim, jeśli np. wysokość oprocentowania na lokacie zależy od ilości wpłaconych pieniędzy, to bank powinien o tym w reklamie poinformować. Ale i tak banki tego nie robią. Dlaczego? Bo nie muszą. - To nie jest rekomendacja ani zalecenie. To po prostu wzór, do którego banki powinny w reklamach dążyć - tłumaczy Katarzyna Biela z KNF. Czyli Komisja karać banków za reklamowe manipulacje nie zamierza.
Kolejnym polem do nadużyć jest moment kontaktu klienta z pracownikiem banku. Często ukrycie niewygodnej prawdy o wadach kredytu czy lokaty leży w interesie pracowników, bo od wyników sprzedaży zależy ich premia finansowa, która wzbogaci niewysoką pensję. O takich praktykach informuje w liście do "Gazety" pan Wojciech, do niedawna pracownik Lukas Banku, który zajmował się sprzedażą kart kredytowych firmowanych marką Tesco. - Do karty można było wykupić dodatkowe ubezpieczenie, ale moi przełożeni już na początku kategorycznie mnie pouczyli, żebym mówił klientom, że ubezpieczenie jest obowiązkowe. Mieliśmy mówić, że ubezpieczenie przy karcie jest "standardowe" albo "w pakiecie" - opowiada pan Wojciech. Wspomina, że kazano mu sugerować klientów, że karta, którą biorą, nie rodzi zobowiązań finansowych: - Mieliśmy mówić "karta Tesco", "karta rabatowa", "karta, którą pan otrzymuje w prezencie", a nie
karta kredytowa.
Anika Ochotnicka z Departamentu Edukacji KNF przyznaje, że polscy konsumenci z dużą naiwnością podchodzą do reklam bankowych: - Są znacznie bardziej ufni niż w przypadku np. reklam proszku do prania, bo przecież każdy zdaje sobie sprawę z tego, że koszula po wypraniu nie będzie tak biała, jak w reklamie.
Zdaniem Ochotnickiej, Polacy nie mają też w zwyczaju zadawania dodatkowych pytań, gdy czegoś nie rozumieją. - W oddziale bankowym zachowujemy się jak na egzaminie, a nie na negocjacjach i rozmowie biznesowej - mówi. I dodaje, że - już po wyjściu z banku - z rozbrajającą szczerością większość z nas przyznaje, że z rozmowy niewiele zrozumiała.
Trudno się jednak dziwić biorąc pod uwagę fakt, że większość z nas wiedzy o zarządzaniu finansami nie wyniosła ani z domu, ani ze szkoły. Edukacja ekonomiczna to przedmiot, który dopiero niedawno wszedł do programu gimnazjów. Same za siebie mówią też liczby. Co roku banki inwestują w reklamy blisko miliard zł. Na edukację ekonomiczną KNF,
bank centralny i Fundacja Kronenberga mogą przeznaczyć jedną setną tej kwoty.