Jak wynika z dokumentów złożonych na giełdzie przez Yahoo!, spółka może wycofać się z podpisanej w minioną środę umowy z Microsoftem. I to w dwóch przypadkach.
Po pierwsze - jeśli średni przychód z 12 miesięcy przypadający na jedno zapytanie użytkownika, będzie niższy niż określony w procentach przychód
Google. Dziś - według szacunków Microsoftu - na jednym zapytaniu Google zarabia średnio 7 centów. W przypadku Yahoo! ten wskaźnik wynosi 4,3 centa, a w przypadku Microsoftu - 3,9 centa.
Drugi przypadek - jeśli udział Microsoftu i Yahoo! w rynku wyszukiwań w
USA będzie niższy niż określony w procentach udział rynkowy Google. Według danych firmy comScore, Google ma dziś 65 proc. amerykańskiego rynku, a Microsoft i Yahoo! razem - 28 proc.
W dokumentach nie ma jednak ani słowa o tym, na jakim poziomie Yahoo! zawiesiło Microsoftowi poprzeczkę.
Zgodnie z podpisaną w zeszłym tygodniu umową, w portalu Yahoo! pojawi się wyszukiwarka Microsoftu. Yahoo! dostanie za to wyłączność na sprzedaż reklam przy wynikach wyszukiwania (na swoich stronach, jak i w serwisach Microsoftu). I przez pięć lat ma zgarniać 88 proc. wpływów z tych reklam. Okazuje się, że potem może dostawać jeszcze więcej - 90 proc. (jeśli żadna ze spółek nie będzie chciała nic zmienić w umowie), albo nawet 93 proc. - gdyby Microsoft chciał odzyskać kontrolę nad sprzedażą tzw. reklam premium (chodzi o kontrakty z dużymi reklamodawcami)
W dokumentach giełdowych Yahoo! ujawniło też, że przetransferuje przynajmniej 400 osób do Microsoftu. Dodatkowo ze 150 pracowników Yahoo! zostanie utworzony osobny sztab, który ma pomóc w łączeniu technologii obu spółek.
Wszystkie szczegóły umowy mają zostać uzgodnione do 27 października, jeśli to się nie powiedzie, sprawa zostanie oddana do rozstrzygnięcia w sądzie.
Do podpisania umowy o reklamowej współpracy doszło 18 miesięcy po tym, jak Microsoft zaproponował 44,6 mld dol. za przejęcie całego Yahoo! Od momentu ogłoszenia porozumienia z Microsoftem, notowania Yahoo spadły o 16 proc. do 14,51 dol. za akcję.