- Mamy sytuację kryzysową w rolnictwie. Musimy coś z tym zrobić - twierdzi Waldemar Broś, prezes Krajowego Związku Spółdzielni Mleczarskich.
Zdaniem rolników wszyscy ich winią za wysokie ceny żywności, a w rzeczywistości wygląda to tak, że rolnik oddaje do skupu swoją krwawicę, a w zamian dostaje grosze. Idzie do sklepu, a tam cena, że proszę siadać. Rolnicy dostają średnio 8-10 proc., maksymalnie 16 proc. końcowej ceny towaru na półkach sklepowych. Trochę zarabiają przetwórcy, a najwięcej pośrednicy i
handlowcy.
- Ser żółty w mleczarni kosztuje 10 zł, a w sklepie 25 zł. Rolnik za litr mleka dostaje 80 groszy, a sklep sprzedaje je trzykrotnie drożej. Zboże mamy bardzo tanie, a chleb jest drogi - twierdzą rolnicy.
- Nic dziwnego, że jak rolnicy protestują, to klienci sklepów pukają się w głowę i zastanawiają się, o co im chodzi - dodaje Rafał Mładanowicz, prezes Krajowej Federacji Producentów Zbóż.
Pomysł, jak wyjaśnić ludziom, że chłopi nie odpowiadają za wysokie ceny żywności, ma Krajowa Rada Izb Rolniczych, jedna z największych rolniczych organizacji branżowych.
Prezes KRIR Wiktor Szmulewicz chce, by na każdym produkcie żywnościowym była cena sugerowana, za jaką sklep powinien sprzedawać ten towar. Zawierałaby ona koszt jego produkcji oraz "rozsądną" marżę handlową.
Jaką? - 20-30 proc. A dziś przekracza ona często 80 proc. - wyjaśnia Szmulewicz.
Dzięki takim obowiązkowym "cenom sugerowanym" (umieszczaliby je na opakowaniach przetwórcy) konsumenci wiedzieliby, gdzie po drodze jest podbijana cena. Jak twierdzi Szmulewicz, klient, stojąc przy kasie w sklepie, będzie mógł porównać sumę, jaką ma zapłacić, z ceną sugerowaną. I będzie miał jasną informację, czy jest kantowany, czy nie.
- Oczywiście spodziewam się oporu ze strony handlu - twierdzi prezes.
I opór jest. - Ten pomysł jest bez sensu. Nie może być tak, że jeden produkt ma taka samą cenę w
Warszawie, na Mazurach i w jakiejś wsi przy granicy niemieckiej - twierdzi Andrzej Maria Faliński z Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, która reprezentuje duże sklepy. - Inne są koszty
logistyki, transportu, prowadzenia sklepu. To nic nie da.
Faliński podpiera się przy tym przykładem firmy Danone. - Umieszczali na jogurtach cenę sugerowaną 99 groszy. W jednym hipermarkecie jogurt kosztował 89 groszy, w sklepie osiedlowym 1,49 zł, gdzie indziej 1,20 zł. To co to za efekt edukacyjny dla konsumenta? - pyta Faliński.
Pomysł cen sugerowanych podoba się za to kierowanemu przez PSL Ministerstwu Rolnictwa. - Propozycja możliwości wprowadzenia obowiązku zamieszczania przez producentów cen sugerowanych na opakowaniach artykułów rolno-spożywczych wydaje się godna rozważenia - przyznaje w piśmie przesłanym "Gazecie" wiceminister rolnictwa Artur Ławniczak. I dodaje, że idea cen sugerowanych jest "szeroko konsultowana".
PSL ma też inne pomysły, jak walczyć z wysokimi marżami. Minister rolnictwa Marek Sawicki chce powołać międzyresortowy zespół do badania, czy hipermarkety nie zawyżają przypadkiem cen żywności. I badać, kto, gdzie zarabia najwięcej. Zespół ma powstać w ciągu najbliższych tygodni.
W maju tego roku Sawicki złożył również na posiedzeniu unijnych ministrów rolnictwa wniosek o przeanalizowanie marż w handlu. - W Polsce w okresie ostatnich ośmiu lat ceny producentów żywności wzrosły o 16 proc., ceny rolne także o 16 proc., a ceny detaliczne o 25 proc. - napisał Sawicki w swoim wniosku do KE.
Ludowcy chcą nasłać na sieci super- i hipermarketów kontrole, podejrzewając je o wyprowadzanie z kraju zarabianych na marżach pieniędzy. W środę wicepremier Waldemar Pawlak w Programie III Polskiego Radia mówił, że działające w Polsce sieci ledwo wychodzą na zero, a w Europie Zachodniej mają piętnaście procent rentowności. - W oczywisty sposób można przypuszczać, że następuje transfer zysków. I to oznacza, że to, co jest nadwyżką, jest transferowane do macierzystej centrali, a u nas pozostają problemy i kłopoty - stwierdził w
radiu Pawlak.
- To niedopuszczalne. Tym trzeba się zająć. Urzędy skarbowe, UOKiK muszą to kontrolować, przejrzeć dokumentację tych sieci - oburza się Wiesław Woda, poseł PSL, wiceprzewodniczący sejmowej komisji ds. odbiurokratyzowania gospodarki "Przyjazne państwo".
Zdaniem PSL ukrywane zyski hipermarketów powinny zasilić kasę państwa, która znajduje się obecnie w kryzysie.
Handlowcy odpowiadają, że wicepremierowi pomyliła się rentowność sklepów z marżą. Rentowność sieci super- i hipermarketów we Francji i Niemczech jest bowiem bardzo podobna jak w Polsce i wynosi 2-3 proc. - Wspomniane przez Pawlaka 15 proc. wynoszą, owszem, marże w hipermarketach. A
zarobek na sprzedawanych produktach to coś innego niż dochód całej sieci, już po opłaceniu kosztów wynajmu sklepów, ludzi etc. - twierdzą handlowcy.
A PO? Umywa ręce.
- Marże wielkich sieci handlowych są w Polsce za wysokie - twierdzi Józef Klim, poseł PO wiceprzewodniczący sejmowej komisji rolnictwa.
Ceny sugerowane to jego zdaniem dobry pomysł, ale niech każdy producent sam zdecyduje, czy chce to robić, czy nie. Jego zdaniem administracyjne, nakazane przez państwo wywieszanie cen producenta mogłoby być uznane za złamanie prawa unijnego. Dlatego problem marż powinna również rozwiązać Unia.