- Chodzi nam o kredyt - mówi rozochocona pani Hela (z serialu "Hela w opałach") w reklamie Banku BPH. Jej mąż raczej zadowolony nie jest. - Nie mam u was konta i niewiele zarabiam - burczy. - W takim razie - zapraszam do kasy - uśmiecha się młoda brunetka. Ta reklama przeszła do historii. I to nie tylko z powodu parodii, która miesiącami krążyła w internecie. Takich reklam już nie ma. Bo "pożyczka od ręki", "kredyt na dowód" i "gotówka w 15 minut" to już przeszłość.
Pożyczki gotówkowe to jeden z najbardziej dochodowych produktów bankowych. Można na nich dobrze zarobić - oprocentowanie sięga 20 proc. w skali roku, czyli kilkakrotnie więcej niż na kredycie hipotecznym. Do tego dochodzą prowizje za udzielenie kredytu i dodatkowe ubezpieczenia. Teoretycznie są też dla banku bezpieczne: bo pożycza się małe kwoty, więc nawet jeśli co dwudziesta osoba nie odda mu pieniędzy, to i tak wyjdzie na swoje. Banki, które koncentrowały się na tzw. consumer finance, osiągały najlepszy zwrot z kapitału. Inne też chciały wejść w ten biznes. Tak zaczęło się rozdawanie kredytów na prawo i lewo - do połowy tego roku banki pożyczyły w ten sposób 111 mld zł.
Teraz bankowcy plują sobie w brodę za to, że w czasach dobrej koniunktury zbyt lekką ręką dawali klientom pieniądze na wakacje, telewizory,
samochody. Największym problemem okazują się tzw. zewnętrzni klienci - tacy, którzy do danego banku przychodzili tylko po pożyczkę gotówkową, a nie mieli w nim rachunku ani lokaty. Bankowi
sprzedawcy często nie sprawdzali nawet, czy spłaca on już pożyczkę w innym banku.
Teraz banki mają problem. Mariusz Karpiński, były prezes GE Money Banku, szacuje, że ok. 100 tys. klientów banków spłaca co najmniej 10 kredytów. Często ich bieżące dochody nie wystarczają na pokrycie miesięcznych rat, więc regulują je, zaciągając kolejne kredyty. Robili to tak sprawnie, że nie zalegają z żadnymi płatnościami i ich dane nie figurują w
Biurze Informacji Kredytowej. Ale ten łańcuszek łatwo przerwać: wystarczy, że banki skończą z kredytowym rozdawnictwem, i zadłużeni po uszy klienci nie będą mogli zaciągnąć kolejnej pożyczki. To może oznaczać katastrofę, bo - zdaniem Karpińskiego - ci klienci zaciągnęli 9 mld zł kredytów. - W ubiegłym, rekordowym roku wszystkie banki zarobiły w sumie 14 mld zł. Z tej perspektywy 9 mld zł to potężna kwota - mówi były szef GE Money Banku.
Problem jest tak poważny, że część banków praktycznie wycofała się z rynku pożyczek konsumenckich. Taką decyzję podjął Kredyt Bank, którego spółka zależna Żagiel przez ostatnie pół roku udzielała wyłącznie pożyczek ratalnych. O gotówkach dla nowych klientów nie ma już mowy - okazały się tak ryzykowne, że bank musiał zawiązać na nie 79 mln rezerw, które pochłonęły znaczną część jego zysków. - Poważnie zastanawiamy się nad dalszą formułą biznesu Żagla. Do końca września podejmiemy decyzję, co zrobić w tej sprawie - mówi Lidia Jabłonowska-Luba, wiceprezes Kredyt Banku. Żagiel zamknął ponad 60 placówek, pracę straciło ponad 150 osób. Pozostałe, zamiast sprzedawać klientom kredyty, dzwonią do nich, przypominając o zbliżającym się terminie spłaty raty.
Z szybkich i drogich kredytów dla nowych klientów wycofał się również mBank. - Działalność w tym obszarze ograniczyliśmy już w ubiegłym roku, natomiast w kwietniu praktycznie ją zawiesiliśmy - tłumaczy Mariusz Grendowicz, prezes
BRE Banku.
W tej sytuacji powody do radości mają tylko firmy windykacyjne. Wiele z nich spodziewa się, że ten rok okaże się dla nich rekordowy pod względem osiąganych dochodów.