Dwa tygodnie temu wicepremier Grzegorz Schetyna wspólnie z premierem Tuskiem zapewniali, że KGHM nie zostanie sprywatyzowany. W czwartek minister Michał Boni, szef zespołu doradców strategicznych premiera Donalda Tuska, potwierdził doniesienia "Gazety", że KGHM trafi jednak na listę spółek prywatyzowanych.
Rząd ma w tej chwili ok. 42 proc. akcji KGHM i kontroluje spółkę. - Konstrukcja musi być taka, żeby rząd nie straci pakietu kontrolnego - zastrzegł w radiu TOK FM Boni. - Chcemy, by do budżetu nadal płynęła dywidenda. Prywatyzacja ma zapobiec wzrostowi długu publicznego - mówił.
Najprawdopodobniej więc rząd sprzeda małą część akcji, by zasilić budżet kwotą co najmniej 700 mln zł.
Ale już same zapowiedzi prywatyzacji spółki wywołały w czwartek niepokój na warszawskiej giełdzie, gdzie notowany jest KGHM. Na otwarciu spółka zaliczyła gwałtowny spadek, w ciągu dnia odrabiała straty, ale ostatecznie zakończyła notowania na minusie (-2,71 proc.).
Plany rządu co do giganta miedziowego najbardziej zdenerwowały związki zawodowe. - Na zapowiedź rządu o prywatyzacji KGHM odpowiemy strajkiem - mówi Józef Czyczerski, przewodniczący związkowej "Solidarności" w kombinacie. - Jeśli rząd zamierza sprzedać udziały w spółce tylko po to, by zasilić dziurawy budżet, to jest to sprawa nadająca się do Trybunału Stanu.
Szef miedziowej "S" zarzuca rządowi, że ten nie konsultuje żadnych decyzji z załogą. - Z jakiej racji podejmują sami decyzje bez rozmowy z nami? To zupełnie niepoważne z ich strony - mówi.
Pogotowie strajkowe obowiązuje w spółce już od kilku tygodni - po tym, jak minister skarbu ogłosił, że rząd chce sprzedać od 10 do 42 proc., czyli nawet całość udziałów państwa w KGHM. Do dzisiaj pogotowie nie zostało odwołane, co oznacza, że związkowcy mogą ogłosić strajk z dnia na dzień. Od dwóch tygodni rozdają ulotki pracownikom KGHM, w których piszą o "oszustwie Platformy, która zapowiadała, że nie sprywatyzuje spółki". "Jeżeli rząd zdecyduje się na powtórkę z prywatyzacji Polskiej Miedzi - my zrobimy powtórkę z walki o polskość Polskiej Miedzi!" - piszą.
Czyczerski ma w poniedziałek spotkać się z Ryszardem Zbrzyznym, szefem drugiej co do wielkości organizacji związkowej w KGHM - Związku Zawodowego Pracowników Przemysłu Miedziowego. Razem mają wybrać formę strajku i uzgodnić dalsze kroki w związku z zapowiedzią rządu. Jeśli dojdzie do strajku generalnego i cały KGHM stanie, spółka będzie codziennie tracić 20 mln zł.
Podobne nastroje panują w drugiej dużej państwowej spółce - EnergiiPro, która wchodzi w skład grupy energetycznej Tauron. Również i tę spółkę rząd ma zamiar przeznaczyć do prywatyzacji. Związkowcy napisali niedawno apel do ministra skarbu Aleksandra Grada, by odstąpił od tych planów. Kilka miesięcy temu ogłoszono tam pogotowie strajkowe. We wtorek w Katowicach mają spotkać się przedstawiciele związkowi wszystkich państwowych spółek energetycznych w kraju i ewentualnie zdecydować o rozpoczęciu strajku w swoich firmach.
Komentuje Michał Kokot: Rząd wystawia prezesa związkowcom
Najpierw minister skarbu Aleksander Grad zapowiedział, że państwo zamierza pozbyć się części lub nawet całości udziałów w spółce. Dzień później zrugał go za tę wypowiedź wicepremier Grzegorz Schetyna i oświadczył, że o żadnej prywatyzacji mowy nie ma. Potwierdził to premier Donald Tusk, jednocześnie nie wykluczając, że w przyszłości spółka będzie należała do prywatnego właściciela. Teraz słyszymy jego najbliższego doradcę Michała Boniego, który zapowiada pozbycie się części udziałów KGHM.
Nieporozumienie, szum informacyjny, przekłamanie? Nie, rząd po prostu nie ma pomysłu na spółkę. Z jednej strony Tusk określa się jako gorący zwolennik prywatyzacji, z drugiej boi się zadymy, jaką za chwilę wywołają związkowcy. Wie, jaką potęgą są w spółce i że żaden rząd do tej pory nie był w stanie się im przeciwstawić. To dlatego żaden z prezesów KGHM nie dotrwał do końca kadencji. Poprzedni poległ, bo próbował, ale się poddał. Zapłacił za brak konsekwencji.
Rotacja na stanowisku prezesa nie sprzyja długofalowemu rozwojowi spółki, która za kilkadziesiąt lat nie będzie miała już czego wydobywać. Źródła miedzi, które zapewniają dobrobyt i państwu, i pracownikom, i związkowcom, w końcu się wyczerpią. Wie o tym każdy z prezesów, który do tej pory rządził KGHM. Sytuacja zmieniłaby się, gdyby w spółce zostało więcej pieniędzy na inwestycje. Ale tak nie będzie. Rząd nie ukrywa, że w kolejnych latach zamierza nadal doić spółkę z zysku, wypłacając dywidendę, która zasili budżet. Musi więc wiedzieć, że jak zwykle po pieniądze z zysku ręce wyciągną również związkowcy.
Ale rząd widzieć tego nie chce. Zamiast tego premier zapowiada wezwanie prezesa Herberta Wirtha w celu porozmawiania z nim o zmianie sposobu zarządzania spółką, czytaj: pohamowaniu roszczeń i ograniczeniu władzy związkowców. Jeśli jednak rząd zdecyduje się na sprzedaż części udziałów, osłabi pozycję prezesa. I Wirth zostanie bez amunicji, sam na placu boju naprzeciwko związkowców żądnych kolejnych przywilejów.