Koniec ubiegłego tygodnia upłynął pod znakiem gorących dyskusji zwolenników i przeciwników opłat za dostęp do informacji w internecie. Wilka z lasu wywołał szef News Corporation Rupert Murdoch, zapowiadając wprowadzenie do czerwca 2010 roku opłat za korzystanie w sieci z wszystkich należących do firmy gazet, czasopism i programów telewizyjnych. A jest ich niemało i mają rzesze odbiorców na całym świecie. To m.in.: "The Times", "The News of the World", "The Sun", "The Australian", "The Wall Street Journal" oraz Fox News.
Pytanie, czy ludzie zechcą płacić za coś, co przyzwyczaili się używać za darmo? Minisonda przeprowadzona przez reportera "The Guardian" na londyńskiej ulicy nie wróży przedsięwzięciu Murdocha najlepiej. Wszyscy sondowani stwierdzili, że zamiast płacić za dostęp do ulubionej gazety w internecie, raczej wybiorą inną, darmową.
Taką postawę rozumie i propaguje guru darmowego contentu redaktor naczelny "Wired", popularnego magazynu poświęconego kulturze i najnowszym technologiom, Chris Anderson, który wydał ostatnio książkę "The Future of Radical Price" ("Przyszłość radykalnej ceny"). Książka wszakże, jak złośliwie podkreśla "Guardian", miała bardzo ściśle określoną cenę 18,99 funta. Zapytany w wywiadzie dla "Der Spiegel" o to, czy czytał rano gazetę, Anderson odpowiada z satysfakcją "nie" i wyjaśnia, że informacja dociera do niego innymi sposobami. Wymienia wśród nich
Twitter (rodzaj mikroblogu, można na nim zamieścić informację długości SMS-a), e-mail,
blogi. Jego zdaniem coraz więcej osób wybiera jakiś rodzaj społecznego filtrowania strumienia odbieranych informacji w miejsce tradycyjnych relacji profesjonalnych dziennikarzy.
Czy krótkie formy charakterystyczne dla Twittera będą kiedykolwiek w stanie zastąpić profesjonalne dziennikarstwo? - zapytał oburzony reporter niemieckiego tygodnika. Nie do końca, ale wyręczyć je w wielu sprawach - tak, twierdzi Anderson. Dawniej jedynym dystrybutorem produktu, jakim jest - powiedzmy - artykuł prasowy, była gazeta, którą trzeba było kupić w kiosku. Dziś tych kanałów jest mnóstwo, w tym bardzo wiele darmowych. Finansują się na różne sposoby i wciąż nie wiadomo, który model zwycięży.
Ponadto, nigdy jeszcze tak wiele osób nie pisało za darmo. Ich jedyną nagrodą jest uwaga czytelników i cenna reputacja, którą zyskują. A często dodatkowo po prostu świetna zabawa. Czy z czasem media staną się czymś w rodzaju bezpłatnie uprawianego hobby?
Czasy wznoszenia murów broniących dostępu do informacji tym, którzy nie zapłacili, mamy już za sobą, uważa Arianna Huffington, redaktorka naczelna "The Huffington Post", najpopularniejszego blogu politycznego w Stanach Zjednoczonych. Żyjemy bowiem w czasach gospodarki tworzącej jeden system za pomocą linków. I właśnie z tego linkowania powinniśmy się nauczyć czerpać zyski, a nie z grodzenia dostępu do ekskluzywnej zawartości. W takim środowisku dobre dziennikarstwo nadal będzie kwitło obok dziennikarstwa obywatelskiego. Rzecz polega na tym, by zastanowić się, czego chce odbiorca, a nie za wszelką cenę ratować tradycyjny sposób działania.