Biznes Ludzie Pieniądze

Poślizg we wprowadzeniu MiFID w Polsce

Tomasz Prusek
09.08.2009 , aktualizacja: 09.08.2009 20:43
A A A Drukuj
Blisko dwuletni poślizg we wprowadzeniu MiFID w Polsce obciąża rząd i parlament. Przepisów chroniących na europejskim poziomie klientów instytucji finansowych zabrakło, kiedy były najbardziej potrzebne - w kryzysie. Słono zapłacili za to wszyscy

SERWISY
Lato 2007. Na giełdach zaczyna się wielka bessa. Do oddziału dużego banku przychodzi starsza kobieta, której kończy się lokata w złotych. Chce dalej oszczędzać na lokacie, ale doradca podpowiada: "A może by tak w fundusze akcji?".

- Ale ostatnio mówili coś w telewizji, że giełda spada - odpowiada niepewnie klientka. - Jak spada, to znaczy, że będzie znowu rosło - zapewnia doradca. - No dobrze - zgadza się kobieta. W ten sposób byłem świadkiem, jak w kilkanaście sekund ktoś, kto nie miał prawdopodobnie bladego pojęcia o ryzykownych funduszach akcji, wpakował w nie być może oszczędności swojego życia, dotychczas odkładane na bezpiecznej lokacie. Ta klientka miała pecha, bo weszła w fundusze na starcie bessy i zapewne straciła kilkadziesiąt procent. Tyle kosztowało ją uwierzenie w to, że "jak spada, to znaczy, że będzie znowu rosło". Idę o zakład, że taka sytuacja nie była wyjątkiem, bo z relacji naszych czytelników wynika, że sprzedawcy wciskali im fundusze inwestycyjne na potęgę. Dawali do zrozumienia, że są to maszynki do zarabiania pieniędzy, że ryzyko jest minimalne ("jak spada, to znaczy, że będzie znowu rosło"), nakłaniali nawet do brania kredytów na zakup ryzykownych funduszy.

Gdyby obwiązywał wtedy w Polsce MiFID (Markets in Financial Instruments Directive - europejska dyrektywa w sprawie rynków instrumentów finansowych), taka pseudoporada inwestycyjna, po której nie został ani ślad w dokumentach bankowych, w ogóle nie byłaby możliwa. Z pewnością nie trwałaby też kilkunastu sekund, bo MiFID wymaga od instytucji finansowej, zanim cokolwiek sprzeda klientowi, zbadanie jego doświadczenia w inwestowaniu i wiedzy o produkcie. MiFID nie byłby wcale potrzebny, gdyby pracownicy instytucji finansowych kierowali się etyką zawodową, a nie byli trybami korporacyjnych systemów motywacyjnych, gdzie liczy się sprzedaż, zysk i premie, a klienci są tylko narzędziem do osiągania tych celów.

MiFID to przepisy konieczne do ochrony rzeszy klientów banków, funduszy inwestycyjnych czy firm ubezpieczeniowych, którzy codziennie są namawiani przez sprzedawców do skomplikowanych produktów finansowych. Chronią ich przed nadmiernym ryzykiem w decyzjach inwestycyjnych, bo klient po prostu musi wiedzieć, co kupuje, a nie pakować oszczędności w to, od czego sprzedawca ma najwyższą prowizję, albo co pozwala wyrobić mu plan sprzedażowy.

O MiFID stało się głośno przy okazji opcji walutowych, które pogrążyły setki polskich firm. Przedsiębiorcy zaklinają się, że nie wiedzieli, co kupują, że wierzyli na słowo sprzedawcom, którzy ryzyko walutowe bagatelizowali. Banki twierdziły, że o ryzyku informowały, więc "widziały gały, co brały". Każda ze stron trzyma się swojej wersji. Eksperci firmy doradczej Deloitte nie mają jednak wątpliwości, że gdyby banki prawidłowo weryfikowały wiedzę klientów na temat produktów, jak zaleca to dyrektywa MiFID, to część polskich spółek w ogóle nie mogłaby wejść w opcje.

Kto odpowiada za to, że MiFID pojawi się w Polsce tak późno? Przecież mogła obowiązywać już od 1 listopada 2007 r. A dopiero w ostatni czwartek Trybunał Konstytucyjny wydał wyrok w sprawie nowelizacji ustawy o obrocie instrumentami finansowymi, który otwiera wreszcie drogę do wejścia MiFID w życie. Wcześniej ustawa padła ofiarą wielkiej polityki, gry na osłabienie NBP i zwykłego niechlujstwa legislacyjnego. MiFID nie został uchwalony w terminie (do 1 listopada 2007), bo wybuchła słynna afera gruntowa i odbyły się przedterminowe wybory. Gdy rząd złożył projekt ustawy, była już spóźniona, bo stało się to dokładnie 7 listopada 2007. Przesłaniem całej ustawy było wprowadzenie europejskich standardów na rynku kapitałowym, których symbolem jest MiFID. I pewnie bezboleśnie przeszłaby przez parlament i prezydent by ją podpisał. Ale w trakcie prac nad ustawą ponad pół roku później rząd dorzucił do ustawy kukułcze jajo - poprawkę zobowiązującą NBP do zbycia akcji Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych. Uzasadniał, że ma to związek z prywatyzacją warszawskiej giełdy. W kuluarach giełdy mówiło się jednak, że wprowadzenie w ostatniej chwili poprawki o zbyciu akcji KDPW miało na celu osłabienie pozycji NBP kierowanego przez kojarzonego z PiS Sławomira Skrzypka.

Było pewne jak w banku, że prezydent Lech Kaczyński nie przeoczy tego i dojdzie do konfliktu, który narazi na ogromne ryzyko całą ustawę, łącznie z przepisami MiFID. I tak się stało. Prezydent uznał przepisy dotyczącego NBP za naruszenie niezależności banku centralnego i skierował we wrześniu 2008 r. ustawę do Trybunału Konstytucyjnego.

Sędziowie Trybunału uznali w zeszły czwartek, że prezydent miał rację. Wytknęli też, że rząd nie przedstawił w czasie prac parlamentarnych nad poprawką opinii Europejskiego Banku Centralnego w tej sprawie. A opinia była negatywna.

Niezależnie od intencji rządu i jego potyczek z NBP poprawka o KDPW okazała się gniotem prawnym, bo Trybunał uznał ją za niekonstytucyjną. Można by przejść obok tego do porządku dziennego, gdyby nie to, że opóźniło to wprowadzenie MiFID z grubsza o 10 miesięcy. MiFID zabrakło w bardzo ważnym momencie, bo w środku kryzysowej zawieruchy, gdy klienci instytucji finansowych podejmowali wiele decyzji, kierując się strachem i emocjami, a nie wiedzą i doświadczeniem.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów