Na ułożenie przez Gazprom rury South Stream przez tureckie wody władze Turcji zgodziły się w ostatni czwartek podczas wizyty premiera Rosji Władimira Putina.
Moskwa przedstawiała decyzję Ankary jako swój sukces. Bo dzięki tureckiej zgodzie rura Gazpromu ma szansę powstać wcześniej niż konkurencyjny europejski gazociąg Nabucco projektowany do transportu gazu spoza Rosji.
W zamian Moskwa obiecała rozważyć dostawy ropy do projektowanego w Turcji ropociągu od Morza Czarnego do Morza Śródziemnego. Turecki projekt jest jednak konkurentem ropociągu przez Bałkany, którego budowę
Rosja już uzgodniła z rządami Bułgarii i Grecji. Zdaniem analityków Rosja nie ma też dość ropy, by zapełnić obie rury.
W tym tygodniu okazało się, że te mało konkretne deklaracje nie zadowoliły Turków. Za propagandowy sukces Moskwy Ankara zażądała konkretnej, i to dość słonej zapłaty.
Już w tym roku
Turcja chce znieść w kontraktach z Gazpromem zakaz reeksportu gazu dostarczanego z Rosji, a także wykreślić z tych kontraktów klauzulę "bierz lub płać" zobowiązującą do zapłaty za zamówiony gaz, nawet jeśli kontrahent nie będzie chciał go odebrać - poinformował wczoraj
dziennik "Kommiersant". W tym roku z powodu kryzysu Turcja zamierza zrezygnować z
importu 2 mld m sześc. rosyjskiego gazu i jeśli nie zmieni zapisów w kontrakcie, to będzie musiała zapłacić Gazpromowi ponad 0,5 mld dol. za nieodebrany surowiec. Po zniesieniu zakazu reeksportu rosyjskiego gazu tureckie firmy będą mogły go mieszać z gazem irańskim i konkurować z Gazpromem na rynkach południowej Europy.
Dodatkowo turecki koncern paliwowy Botas chce wydłużyć o 15, do 25, lat wygasającą w 2011 r. umowę na dostawy gazu z Rosji siecią rur przez Ukrainę i Bałkany. W efekcie Gazprom nie mógłby szantażować Kijowa, że po wybudowaniu South Stream zrezygnuje całkiem z tranzytu przez Ukrainę.