Choć ma 37 lat, na Śląsku wciąż uważany jest za młodego wilczka. Nic dziwnego, bo w tej branży o 50-letnim dyrektorze kopalni wciąż mówi się, że to młody chłop. W maju zeszłego roku wydawało się, że ma szansę zostać wiceministrem gospodarki odpowiedzialnym za górnictwo, gdy szukano następcy popieranego przez PSL Eugeniusza Postolskiego. Ale Zagórowski, który resort gospodarki zna od podszewki (pracował w nim przez ostatnie 11 lat), wolał zostać na pierwszej linii frontu, czyli w fotelu prezesa Jastrzębskiej Spółki Węglowej (JSW), największego w kraju producenta węgla koksowego.
Trafił tam w maju 2007 r. ze stanowiska szefa rady nadzorczej JSW. - Na początku próbował być takim bratem łatą, który dobrze żyje ze wszystkimi. Ale szybko się okazało, że w tej branży to droga donikąd - mówi Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki odpowiedzialny za górnictwo w rządzie SLD-PSL.
Chrzest bojowy w Budryku Pierwsze poważne starcie ze związkami zawodowymi prezes Zagórowski zaliczył w 2008 r., gdy wybuchł strajk w kopalni Budryk, którą właśnie przyłączono do JSW. Poszło o podwyżki. Zakład stał przez 46 dni, z których część załoga spędziła pod ziemią.
I właśnie wtedy Zagórowski zdecydował się na brawurowy krok, który wielu pamięta mu do dzisiaj. Gdy związkowcy zorganizowali przy bramie kopalni konferencję prasową, prezes w tajemnicy zjechał na dół, by przekonać górników do zakończenia strajku. Nie udało się, ale wyczyn zrobił wrażenie. - To była głupota, bo ludzie byli tak podminowani, że wystarczyła tylko iskra, a doszłoby do linczu. Ale osiągnął swoje. Pokazał, że ma jaja - przekonuje świadek tamtych wydarzeń.
Po strajku w Budryku Zagórowski zwolnił dyscyplinarnie głównych organizatorów. Związkowcy odwołali się do sądu, który ostatecznie przywrócił pięciu z nich do
pracy, w tym nieformalnego przywódcę strajku Wiesława Wójtowicza. Trzem innym związkowcom sąd odmówił jednak przywrócenia do pracy, orzekając równocześnie, że nie mają oni prawa do odszkodowania, i nakazał im zwrot kosztów procesu. Ale na tym sprawa się nie skończyła, bo JSW wystąpiła przeciwko organizatorom strajku z powództwa cywilnego i domaga się odszkodowania za zniszczony w czasie strajku budynek dyrekcji Budryka. Wyrok w tej sprawie jeszcze nie zapadł.
Mniej pracodawców, mniej związków Dziś Jarosław Zagórowski uważany jest na Śląsku za człowieka, który wypowiedział otwartą wojnę związkom zawodowym. Zaczęło się w kwietniu tego roku, gdy JSW stanęła przed poważnym problemem. Z powodu kryzysu drastycznie spadła sprzedaż oraz wydobycie węgla i spółka zaczęła przynosić straty. Aby ratować sytuację, trzeba było wprowadzić nowe, elastyczne zasady zarządzania. Zagórowski postanowił m.in. ujednolicić tzw. układ zbiorowy pracy, by pracodawcą górników była JSW, a nie poszczególne kopalnie. Dzięki temu miał też zniknąć jeden z największych absurdów górnictwa: do dziś bowiem nie tylko w JSW, ale we wszystkich spółkach węglowych górnicy na tych samych stanowiskach i z tym samym stażem pracy mają różne
wynagrodzenia.
Ale wprowadzenie jednolitego układu zbiorowego pracy okazało się potężnym ciosem dla działaczy związkowych. Zamiast kilkunastu komisji zakładowych w każdej kopalni związki miałyby tylko swoje przedstawicielstwa w spółce. Automatycznie spadłaby również liczba związkowych etatów z 61 do 40 osób. Koszty utrzymania związków zmniejszyłyby się z 16 do 10 mln zł. - Możemy patrzeć na wygodę 60 facetów działających w związkach albo ratować 22 tys. miejsc pracy - przekonywał Zagórowski.
Związkowcy zareagowali alergicznie. Nie tylko zagrozili strajkiem w kopalniach, ale zawiadomili CBA i prokuraturę o popełnieniu przez zarząd przestępstwa. Prezes odpowiedział zarządzeniem, w którym wezwał działaczy oddelegowanych do pracy związkowej, by stawili się u swoich dawnych kierowników w oddziałach i wrócili na dawne stanowiska pracy. Żaden ze związkowców jednak nie posłuchał. Wzięli urlopy na żądanie.
Mur runął, ale nie do końca Potem pojawiła się sprawa... muru blokującego wejście do siedziby JSW. Przez ponad miesiąc do biurowca spółki w Jastrzębiu-Zdroju trzeba było wchodzić bocznymi drzwiami, bo związkowcy zorganizowali demonstrację i zamurowali główne wejście. Demonstracja się skończyła, a mur został. Zarząd uznał, że skoro postawili go związkowcy, to oni powinni go rozebrać. Związkowcy ani myśleli.
Wyjście z patowej sytuacji zaproponowała redakcja lokalnych "Nowin". Zorganizowała symboliczną rozbiórkę muru, a pustaki sprzedawano na aukcji, z której cały dochód przekazano na kolonie dla
dzieci organizowane przez ochronkę parafialną w Jastrzębiu-Zdroju. Prezes Zagórowski kupił cegiełkę, związkowcy w ogóle nie przyszli na aukcję, pokazując, że nawet zbiórka na biedne dzieci nie jest w stanie załagodzić konfliktu.
W końcu jednak niektóre centrale związkowe doszły do wniosku, że z Zagórowskim i tak nie wygrają, więc podpisały porozumienie, że do końca września dostosują jednak swoje struktury do nowej sytuacji firm. To szansa na przynajmniej częściowe zmniejszenie liczby związkowych etatów i niewielkie oszczędności. Wciąż bowiem największe centrale, w tym "Solidarność", nie chcą słyszeć o zmianach.
- Ta cała walka prezesa Zagórowskiego ze związkami to tylko zasłona dymna, która ma odwrócić uwagę od prawdziwych problemów spółki. Dlaczego nikt nie mówi o
opcjach walutowych, na których straciliśmy miliony złotych? - mówi Sławomir Kozłowski, szef "Solidarności" w JSW.
Sprawę opcji w górnictwie jednym cięciem załatwiło Ministerstwo Gospodarki. Wicepremier Waldemar Pawlak zdymisjonował w czerwcu kilku prezesów i wiceprezesów spółek węglowych, które zawierały ryzykowane umowy. W JSW posadę straciła Grażyna Bula, wiceprezes ds. finansowych. Zagórowski ocalał. Tak samo jak Stanisław Gajos, prezes Katowickiego Holdingu Węglowego, gdzie za opcje poleciła głowa wiceprezesa ds. finansowych.
- Zaraz skończy się kryzys, a my nie mamy przygotowanych nowych frontów wydobywczych. Zamiast tego prezes wylicza nam wysokie zarobki i manipuluje danymi. To perfidna gra i granie na niskich uczuciach - wymienia dalej Kozłowski.
- Zagórowski dojrzewa i zaczyna rozumieć, że jest odpowiedzialny za firmę i wiele tysięcy ludzi. Musi przeprowadzić ją przez kryzys, a układanie się ze związkami zawodowymi niczego mu nie da - mówi Jerzy Markowski.