Wszystko zaczęło się od doniesień lokalnych mediów, które poinformowały, że Ilmars Rimsevics, szef łotewskiego banku centralnego zarabia więcej niż jego amerykański odpowiednik Ben Bernanke - szef Rezerwy Federalnej. Według ich informacji Rimsevics zarabia ok. 21,1 tys. dolarów miesięcznie, podczas gdy Bernanke - "tylko" nieco ponad 15 tysięcy. Wraz z opublikowaniem tych informacji na Łotwie rozgorzała dyskusja, czy w dobie kryzysu trawiącego gospodarkę
pensja prezesa powinna być tak wysoka, a na samego Rimsevicsa spadła fala krytyki. Swoje dorzucił premier Łotwy Valdis Dombrovskis w wywiadzie telewizyjnym. - Pensja pana Rimsevicsa została trochę zmniejszona, ale w żadnym razie nie tak mocno jak cięcia, które dotknęły innych pracowników sektora państwowego - powiedział.
W tym roku rząd zredukował już
pensje pracowników sektora publicznego o blisko 40 proc., co szczególnie dotknęło tych najsłabiej zarabiających, a więc nauczycieli, lekarzy i pielęgniarki. Cięcia były konieczne, aby
Łotwa uzyskała niezbędną pomoc finansową od UE i
MFW.
Szef banku centralnego odpowiedział błyskawicznie, łącząc się na żywo ze studiem telewizyjnym, gdzie wywiad był przeprowadzany. Rimsevics oskarżył premiera o podawanie nieprecyzyjnych informacji i stwierdził, że bank obniżył już w tym roku pensje o 25 procent.
- Moja obecna pensja jest na poziomie z 2006 roku i jeśli będzie to konieczne, zostanie zmniejszona jeszcze bardziej - stwierdził.
Wkrótce nastąpił kontratak rządu. W oświadczeniu biura prasowego możemy przeczytać, że premier Łotwy sądzi, że zarobki Rimsevicsa na poziomie z 2006 roku (które w przeliczeniu na dolary wynoszą prawie 200 tys. rocznie) i tak są niebotyczne. - Nie ma logicznego wytłumaczenia dla faktu, że zarobki prezesa banku centralnego są trzykrotnie wyższe od poborów prezydenta, najważniejszej osoby w państwie - powiedział Dombrovskis. Zapowiedział też, że zarobki pracowników banku centralnego będą częścią nowej zunifikowanej siatki płac, nad którą pracuje rząd