- Koniec spadków. Polska branża bankowa ponownie wchodzi w okres wzrostu - ogłosił wczoraj triumfalnie Eugeniusz Śmiłowski, prezes instytutu badawczego Pentor Research. Co go tak natchnęło optymizmem? Według ogłoszonych w środę danych lipiec był już drugim z rzędu miesiącem, w którym liczba udzielonych przez banki kredytów hipotecznych przekroczyła 16 tys.
To wciąż dużo mniej, niż jeszcze dwa lata temu, kiedy miesięcznie banki udzielały nawet po 25 tys. nowych kredytów. Ale w porównaniu ze styczniowym załamaniem, kiedy nowych kredytów było tylko 11 tys., widać duży postęp. Banki nieco chętniej pożyczają pieniądze, a i klienci składają więcej wniosków o kredyty niż zimą lub wiosną. - W lipcu rynek kredytów mieszkaniowych zwykle zamiera, a tym razem nowych kredytów było prawie tyle samo co w czerwcu - cieszy się Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.
Co ważne bankowcy oczekują, iż kolejne miesiące w kredytach hipotecznych też będą dobre. Z sierpniowych badań instytutu Pentor wynika, że aż 55 proc. szefów placówek bankowych spodziewa się wzrostu liczby udzielanych kredytów. Zaś tylko 13 proc. ankietowanych bankowców przewiduje ich spadek.
Kredyty hipoteczne wychodzą z dołka Przełom na rynku kredytów hipotecznych mógłby oznaczać lepsze czasy dla całej gospodarki. Jeśli banki zaczną chętniej kredytować zakupy
nieruchomości, to na dobre odkręcą też kurek z pieniędzmi dla firm. A bez zastrzyku świeżych kredytów przedsiębiorcy nadal muszą ciąć inwestycje i zwalniać ludzi. Według Eugeniusza Śmiłowskiego rynek kredytów dla przedsiębiorstw, zwłaszcza tych małych i średnich, już "ruszył", choć na razie statystyki NBP tego nie pokazują. Według nich zadłużenie firm w lipcu znów stało w miejscu.
Na razie twarde dane pokazują tylko większy ruch na rynku kredytów hipotecznych. Dobre i to. Czym jednak tłumaczyć rosnący popyt na kredyty? Śmiłowski wskazuje na ogólny wzrost optymizmu wśród Polaków. Z badań Pentora wynika, że choć większość Polaków wciąż ocenia sytuację gospodarczą pesymistycznie, to przewaga "czarnowidzów" stopniała z 25 do 12 pkt proc. Badania pokazały, że 22 proc. badanych dobrze ocenia stan gospodarki, a 34 proc. - źle. Poprawy w ciągu najbliższego roku spodziewa się 33 proc. ankietowanych, zaś pogorszenia obawia się 28 proc.
Mniejszy pesymizm ludzi zapewne przekłada się na chęć do zaciągania kredytów. Druga przyczyna ożywienia hipotecznego to przecena mieszkań. W ostatnich miesiącach ceny mieszkań spadły na tyle, że coraz więcej z nich (także w największych aglomeracjach) można kupić na kredyt, w którego spłacie pomaga państwo w ramach programu "Rodzina na swoim".
Rodzinom spełniającym ustawowe warunki dotyczące powierzchni i ceny domu lub
mieszkania budżet za pośrednictwem Banku Gospodarstwa Krajowego (BGK) dopłaca mniej więcej połowę odsetek przez osiem lat spłaty kredytu.
Preferencyjne kredyty biją ostatnio rekordy popularności. W sierpniu padł kolejny rekord ich sprzedaży. Ewa Balicka-Sawiak z BGK poinformowała nas, że w zeszłym miesiącu z kredytów z dopłatą skorzystało 3405 rodzin. A więc już co piąty nowo udzielany kredyt mieszkaniowy jest objęty dopłatą. Plan sprzedaży tego typu kredytów na ten rok został już przekroczony, ale pieniędzy w kasie BGK nie zabraknie. Dopłaty pochłonęły na razie tylko 24 z 80 mln zł zarezerwowanych w tegorocznym budżecie.
Banki pożyczą, ale bardzo drogo Popyt na kredyty hipoteczne szedłby w górę znacznie szybciej, gdyby nie to, że banki wciąż stawiają klientom trudne warunki. Wprawdzie nie odsyłają już z kwitkiem większości klientów, jak na początku roku, ale za to żądają wysokich marż. Firma brokerska Expander podała ostatnio, że w sierpniu część banków, m.in. PKO BP, Nordea Bank, Deutsche Bank, Dom Bank, DnBNord i Alior Bank, podniosła swoje marże. Np. osoba, która dysponuje 25-proc. wkładem własnym i chce zaciągnąć w PKO BP 30-letni kredyt złotowy w wysokości 300 tys. zł, musi się liczyć z tym, że marża wyniesie 2,69 proc. W lipcu dostałaby kredyt z marżą 2,56 proc.
To, że bankowcy - odkręcając nieco śrubę - życzą sobie jednocześnie bardzo wysokich stawek wynagrodzenia za udzielone kredyty, widać jeszcze ostrzej w ofercie pożyczek gotówkowych. Choć w reklamówkach często kuszą miraże oprocentowania rzędu 6-7 proc. w skali roku, większość banków tak naprawdę pożycza klientom pieniądze dużo drożej - nawet po 20-25 proc. w skali roku. Pies pogrzebany jest w dodatkowych warunkach oferty: prowizjach i obowiązkowych ubezpieczeniach, które musi wykupić klient, jeśli chce marzyć o niskim oprocentowaniu.
Np. największy polski bank, PKO BP, który w poniedziałek zaczął nową kampanię swojego sztandarowego kredytu gotówkowego "Max Pożyczka Mini Rata", na plakatach wywiesił stawki oprocentowania 6,99 proc. Ale dotyczą one tylko niskich kredytów (do 3 tys. zł) branych na rok przez klientów mających w PKO BP konto osobiste. Poza tym każdy klient dodatkowo musi zapłacić prowizję i ubezpieczenie. Z tego powodu kredyt może go kosztować nawet 25 proc. w skali roku. Ale podobne triki stosują niemal wszystkie banki oferujące szybkie pożyczki.
Wysokie oprocentowanie kredytów hipotecznych i gotówkowych to po części koszt wojny depozytowej, której wystrzały wciąż słychać na rynku bankowym. Bankowcy, chcąc mieć pieniądze na udzielanie kredytów, muszą słono płacić rozpieszczonym klientom za lokaty. To dlatego stawki oprocentowania lokat wciąż w niektórych bankach przekraczają 6 proc. w skali roku. Wysoki koszt pozyskiwania pieniędzy wymusza z kolei wysokie marże przy kredytach. I kółko się zamyka.