Ministerstwo Skarbu Państwa postanowiło, że Kopalnia i Zakład Wzbogacania Kwarcytu "Bukowa Góra" w Łącznej pod Kielcami zostanie sprzedana na aukcji. Licytacja ma się odbyć 10 września, cena wywoławcza to prawie 18 mln zł za 90,25 proc. akcji kopalni. Bukowa Góra jest jedną z wielu firm, które mają zostać sprzedane w ramach rządowej strategii prywatyzacyjnej. Masowa wyprzedaż spółek energetycznych, chemicznych itp. ma nie tylko pomóc samym firmom, ale dodatkowo jeszcze wesprzeć finanse publiczne w czasie kryzysu.
Jednak związki zawodowe w Łącznej nie mają wątpliwości:
prywatyzację ich firmy - zaplanowaną przez rząd - trzeba zablokować. W czwartek zorganizowały referendum strajkowe wśród załogi.
Kopalnia zatrudnia 157 osób, w głosowaniu wzięło udział 113 pracowników. 106 głosujących opowiedziało się za przystąpieniem do strajku "w obronie miejsc pracy i praw pracowniczych". 104 osoby zagłosowały dodatkowo za "czynnym udziałem w proteście przeciwko aukcyjnej sprzedaży naszej spółki".
Ten "czynny protest" ma polegać na zablokowaniu najbardziej ruchliwej drogi w województwie - krajowej siódemki pod Kielcami. - Kierowcy i pasażerowie powinni nas zrozumieć - zapewnia Małgorzata Pedrys, działaczka NSZZ Górników.
Dlaczego związkowcy się burzą? - Wyrzekliśmy się wszystkiego, podzieliliśmy się pracą w najtrudniejszym dla kopalni momencie. Nie wróciliśmy do przywilejów, jakie powinniśmy mieć. A jak osiągnęliśmy zyski, to chcą nas sprzedać - skarży się Pedrys. I podkreśla: - W razie sprzedaży na aukcji nie mamy praw do pakietu socjalnego, utrzymania poziomu zarobków, nic. Można wszystkich zwolnić i przyjmować na nowo, na gorszych warunkach - mówi.
Minister skarbu Aleksander Grad chce rozmawiać ze związkowcami z Łącznej. Zaprosił ich do siebie na 3 września. Czy jest gotowy na ustępstwa? Biuro prasowe resortu skarbu nie chciało w piątek komentować sytuacji w kopalni. Maciej Wewiór, rzecznik ministra skarbu, obiecał, że stanowisko resortu w sprawie protestu w kopalni kwarcytu będzie znane w poniedziałek.
Po zaproszeniu do rozmów od ministra związki zawiesiły zapowiadaną na sobotę blokadę drogi, ale całkowicie jej nie odwołały.
Pracownicy podkieleckiej kopalni kwarcytu mają już doświadczenie w blokowaniu dróg. Siedem lat temu sytuacja ich spółki była krytyczna. Największy odbiorca kruszcu - huta Łaziska - wstrzymał zamówienia. Pracownicy zaczęli dostawać zamiast pensji zapomogi po 200-300 zł miesięcznie. I w końcu zablokowali siódemkę. Przejazd został odblokowany, dopiero gdy
policja skierowała do Łącznej oddziały prewencji do rozpędzania tłumów.
Hydral błaga o prywatyzację W tym samym czasie, gdy załoga kopalni w Łącznej myśli o tym, jak zablokować prywatyzację ich spółki, 300 km dalej, we
Wrocławiu, związkowcy z "Solidarności" błagają ministra skarbu o szybką prywatyzację PZL Hydral. I ostrzegają, że jeśli rozmowy z amerykańskim inwestorem nie zostaną szybko zakończone, ten inwestor się wycofa, a zakład padnie i podzieli losy stoczni.
PZL Hydral zajmuje się m.in. produkcją części i układów hydraulicznych dla przemysłu i wojska. Dawniej zatrudniał kilka tysięcy osób, ale w ostatnich czterech latach przeszedł restrukturyzację i obecnie ma ok. 600 pracowników. Większość zleceń wykonuje na potrzeby polskiego wojska. Po przycięciu przez Ministerstwo Obrony Narodowej swojego budżetu z powodu oszczędności pracownicy sami zaproponowali ograniczenie czasu pracy. Ich pensje zmniejszyły się o ok. 25 proc., bo pracują tylko cztery dni w tygodniu.
Dolnośląska "Solidarność" poważnie obawia się, że ich sytuacja może jeszcze bardziej się pogorszyć. - Zakład nie przetrwa bez inwestora, który chce wyłożyć kilkadziesiąt milionów na nowe technologie i zatrudnić dodatkowe osoby - mówi Janusz Łaznowski, przewodniczący dolnośląskiej "S".
Kupnem PZL Hydral jest zainteresowana amerykańska firma Hamilton Sunstrand, która zajmuje się produkcją części i układów mechanicznych oraz elektronicznych dla
NASA. Amerykanie od kilku miesięcy prowadzą rozmowy z polskim rządem w sprawie przejęcia wrocławskiej spółki. Ale - jak alarmują związkowcy - nic z tego nie wynika. - Odnosimy wrażenie, że minister w ogóle nie kwapi się z podjęciem decyzji w sprawie PZL Hydral, bo ma na głowie inne sprawy - prywatyzację stoczni. Tymczasem mamy sygnały, że Amerykanie coraz bardziej się niecierpliwią i myślą o porzuceniu wrocławskiego zakładu - mówi Kazimierz Kimso, wiceprzewodniczący dolnośląskiej "Solidarności".
Roma Sarzyńska, rzeczniczka Agencji Rozwoju Przemysłu (to właśnie ARP prowadzi proces sprzedaży PZL Hydral), tłumaczy, że negocjacje są żmudne, bo inwestor żąda pomocy publicznej, czyli zwolnień podatkowych. Pomocy będzie można udzielić, jeśli zgodzi się na to
Bruksela. - Kluczową sprawą dla powodzenia całego projektu jest zakończenie toczącego się przed Komisją Europejską postępowania dotyczącego pomocy publicznej i wydanie przez nią decyzji akceptującej plan restrukturyzacji - mówi Sarzyńska.