Grad drugi dzień z rzędu tłumaczył się ze swoich dokonań przed posłami z sejmowej komisji skarbu. Chyba już nawet sam minister skarbu przestaje wierzyć w to, że jakiś inwestor z Kataru kupi majątek stoczni w Gdyni i
Szczecinie, w terminie wyznaczonym przez Komisję Europejską.
- Brutalna prawda jest taka, że inwestorów dla stoczni nie ma - powiedział wczoraj Grad posłom. - Poinformowałem już Komisję Europejską, na jakim etapie jesteśmy. 31 sierpnia poinformuję komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes, czy jest wpłata, czy nie. Jeśli nie będzie, to poproszę KE o zgodę na ponowne przeprowadzenie sprzedaży majątku, do końca listopada. I będziemy dalej szukać - przyznał.
Terminowe zakończenie transakcji kupna majątku stoczni w Gdyni i Szczecinie (łącznie 380 mln zł) może już uratować tylko katarski rządowy
fundusz inwestycyjny - Qatar Investment Authority. Rozważa on, czy nie przejąć stoczniowej inwestycji od pierwotnego inwestora (który wystawił nas do wiatru) Stichting Particulier Fonds Grrenrights.
Według informacji "Dziennika" Katarczycy mieli przyjechać do Polski (aby rozmawiać o kupnie stoczni) już wczoraj. Ale Grad tym informacjom zaprzeczył: - Na razie nie ma zaplanowanego spotkania z QIA - powiedział. Z kolei wiceminister skarbu Zdzisław Gawlik sugerował, że jeśli majątku nie kupi katarska agencja, to wówczas - jak mówił - możne znajdą się "polscy nabywcy" dla stoczniowego majątku.
Posłowie domagali się jednak odpowiedzi, co się stanie, jeśli do 31 sierpnia inwestycja Kataru nie zmaterializuje się, a Komisja nie da zgody na przedłużenie terminu. Grad nie dał jasnej odpowiedzi, dał jednak do zrozumienia, że wówczas konieczna będzie upadłość.
Opozycja nie zostawiła suchej nitki na ministrze. - To są bajki dla grzecznych
dzieci - komentował poseł Marek Suski (PiS). - Polski przemysł stoczniowy stoi pod znakiem zapytania. Za chwilę, jeśli będzie negatywna decyzja, on przejdzie do historii. Państwo polskie zostało ośmieszone.
- Pana błędem było odtrąbienie przed eurorwyborami, że jest fantastycznie, że jest odpowiedzialny inwestor. Trzeba było mówić, że jest nadzieja, a nie sukces - wtórowała Izabela Jaruga-Nowacka z klubu Lewicy.
Grad ripostował, że odpowiedzialność za dramatyczną sytuację stoczni i stoczniowców w dużej mierze spada na poprzednie rządy. Co potwierdza raport Najwyższej Izby Kontroli, który posłom przedstawił wczoraj jej szef Jacek Jezierski. Izba stwierdziła, że w żadnym z obszarów - gospodarczym, społecznym i makroekonomicznym - nie osiągnięto w latach 2005-07 w stoczniach celów restrukturyzacji. Zaniechano planu konsolidacji, pomoc publiczną udzielano nielegalnie.
- Wielu chciałoby zapomnieć, jaka była sytuacja w grudniu 2007 r. W dniu, w którym przejąłem urząd, każda ze stoczni nadawała się do upadłości - mówił Grad. - Nikt w kolejce się nie ustawił po te dobra. Owszem, byli inwestorzy, którzy mówili, że wezmą stocznie, jeśli dopłacimy do stoczni jeszcze 2 mld zł. Ale na to nas nie stać - wyjaśniał.
Teraz NIK zapowiada, że zbada sytuację w przemyśle stoczniowym w ostatnich miesiącach. - Kontrole zaczną się w październiku - mówi "Gazecie" rzecznik NIK Paweł Biedziak.
Stoczniowcy już zapowiadają kolejne protesty. "Solidarność" Stoczni Gdańsk chce od piątkowego popołudnia do niedzieli wieczór pikietować dom premiera Donalda Tuska w Sopocie.