Co o tym sądzisz? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
- Przyszliśmy się chwalić. Chwalić polskim sukcesem! - zaczął bez ogródek Donald Tusk na specjalnej konferencji prasowej zorganizowanej na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Chwilę wcześniej Główny Urząd Statystyczny ogłosił zaskakująco dobre wyniki polskiej gospodarki za drugi kwartał.
- Jesteśmy jedynym krajem w całej Unii Europejskiej, który może się pochwalić dodatnim wynikiem, licząc rok do roku. I ten plus jest większy, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać - mówił premier. - Gdybyśmy mnożyli wydatki, tak jak tego żądała opozycja, albo gdybyśmy obniżyli podatek VAT, jak sugerował prezydent, to dzisiaj Polsce groziłoby bankructwo. Bylibyśmy wśród krajów o największych minusach - ocenił szef rządu.
Doskonałe dane zaskoczyły wszystkich - ekonomiści, owszem, spodziewali się wzrostu
PKB, ale o 0,5 proc. - Ten wyjątkowy wynik jest zasługą Polaków. Że nie dali się spanikować złowrogim prognozom wielu ekspertów. I umieli zareagować na te trudne warunki - mówił podczas konferencji minister finansów Jacek Rostowski.
1,1 proc. - o tyle urosła polska gospodarka w drugim kwartale 2009 r.
Jeszcze wiosną tego roku nawet Komisja Europejska prognozowała, że polski PKB spadnie w tym roku aż o 1,4 proc. - Teraz o groźbie wystąpienia recesji w Polsce możemy zapomnieć - cieszy się Jakub Borowski, główny ekonomista Invest Banku.
Polską gospodarkę w drugim kwartale ciągnął do góry tzw.
eksport netto. W uproszczeniu
import spadał znacznie szybciej niż eksport, co pozytywnie oddziaływało na
wzrost gospodarczy. Ale ta sytuacja nie byłaby możliwa, gdyby nie słaby kurs złotego. To dzięki niemu przychody firm z eksportu po przeliczeniu z euro na polską walutę były wyższe.
- Gdyby nie kurs złotego, wzrost PKB byłby o 1-2 pkt proc. niższy - uważa Ernest Pytlarczyk, ekonomista
BRE Banku. Z pewnością naszym przedsiębiorcom pomogło też lekkie odbicie u naszych największych partnerów handlowych - Niemiec i Francji, gdzie rządy pompowały miliardy w rozruszanie gospodarek.
Niektórych ekonomistów martwi jednak, że w drugim kwartale znacznie wolniej rosła konsumpcja. - To m.in. skutek wzrostu bezrobocia i wolniejszego wzrostu płac - tłumaczy Borowski. Niepokoi go też pierwszy od 2003 r. spadek inwestycji firm - o 2,9 proc.
Co będzie dalej? Opinie są podzielone. - To jeszcze nie koniec spowolnienia - uważa Jakub Borowski, który szacuje, że w drugiej połowie roku nasza gospodarka będzie się rozwijała w tempie 0,5 proc. Ernest Pytlarczyk liczy jednak na to, że już w ostatnim kwartale wzrost gospodarczy przekroczy 2,5 proc., a w przyszłym roku będzie pomiędzy 2 a 3 proc.
- W całym 2010 r. nie powinno być gorzej niż w 2009 r. Jednak na odbicie wzrostu do poziomu 3-4 proc. musimy poczekać do 2011 r. - uważa z kolei Jarosław Bauc.
Nawet jeśli wzrost gospodarczy będzie nieco wyższy, z całą pewnością nie znikną problemy budżetowe. - Zdajemy sobie sprawę, że koniec 2009 r. i cały 2010 r. będą wymagać dyscypliny budżetowej. Kontrolujemy deficyt. Chcemy, żeby w przyszłości był niższy, ale zdajemy sobie sprawę, że w 2010 r. będzie wyższy - przyznał premier.