Burza o zapatrzenie polskich wojsk w Afganistanie rozpętała się po śmierci kapitana Daniela Ambrozińskiego. - To niewyobrażalne, żeby 1,5 km od naszej bazy było spore zgrupowanie przeciwnika, o którym nic nie wiedzieliśmy, i żołnierze poszli prosto na to zgrupowanie - oburza się Marian Moraczewski, emerytowany pułkownik, ekspert ds. zaopatrzenia wojskowego.
Dowodzony przez Ambrozińskiego polsko-afgański patrol 10 sierpnia wpadł w zasadzkę w dystrykcie Adżiristan. W ciężkich walkach zginął dowódca, a czterech innych polskich żołnierzy zostało rannych. Była to jedna z najdłuższych i najpoważniejszych bitew, jakie Polacy stoczyli z rebeliantami w Afganistanie.
W dniu pogrzebu kapitana dowódca wojsk lądowych gen. Waldemar Skrzypczak skrytykował cywilną biurokrację za opieszałość w zaopatrzeniu armii w niezbędny sprzęt i broń. Kilka dni później, po spotkaniu z ministrem obrony Bogdanem Klichem, gen. Skrzypczak podał się do dymisji, podtrzymując zastrzeżenia. A premier Donald Tusk ogłosił plan przyspieszenia zakupów na potrzeby afgańskiej misji.
Od listopada 2007 do czerwca 2009 r. na zakupy sprzętu do Afganistanu Polska wydała prawie 500 mln zł. Teraz te wydatki mają się podwoić. Czego potrzeba naszym żołnierzom najbardziej?
Zadanie numer 1.: BSL, czyli bezzałogowe samoloty zwiadowcze
Dziś nasze wojsko używa w Afganistanie kilku izraelskich orbiterów z silnikami elektrycznymi. Ilu dokładnie, nie wiadomo, bo kilka uległo uszkodzeniu - nie od kul Talibów, ale głównie podczas lądowania w kamienistym terenie. Ich wady to mały zasięg i waga - są więc podatne na turbulencję i mogą przenosić niewiele wyposażenia. Orbitery mają zasięg ok. 10 km, w optymalnych warunkach utrzymują się w powietrzu do 1,5 godziny. Ale w Afganistanie o takie optymalne warunki trudno. Najczęściej wieją silne, zmienne wiatry, pojawiają się turbulencje, co szybko wyczerpuje baterie orbiterów.
Nasze wojska potrzebują samolotów, które będą utrzymywały się w powietrzu kilkanaście godzin i patrolowały teren w promieniu 150-200 km. - W ten sposób uda się spiąć obserwacją nasze bazy w Afganistanie - mówi Grzegorz Hołdanowicz, redaktor naczelny miesięcznika "Raport". - Takie samoloty powinny mieć bardzo duży promień działania i mieć zdolność do zakłócania łączności przeciwnika - dodaje Marian Moraczewski.
Raczej nie stać nas będzie na amerykańskie predatory po kilka milionów dolarów za sztukę, zależnie od wyposażenia. Potentatem w produkcji tego typu samolotów jest Izrael, na którego konstrukcji oparto zresztą budowę predatorów. BSL produkuje kilka izraelskich firm, są przetestowane przez tamtejszą armię, niedawno izraelskie BSL kupiła Rosja.
Aby jednak dobrze patrolować teren przy użyciu BSL, potrzebna jest jeszcze odpowiednia struktura zwiadu, przeszkolony personel do obsługi wyrafinowanego sprzętu, no i odpowiednia liczba samych samolotów. Na to wszystko potrzeba czasu.
Zadanie nr 2.: Śmigłowce zaopatrzenia - mogą być używane
Jeśli mamy je dostarczyć szybko, w grę wchodzą używane Mi-17, niekoniecznie kupione, ale w leasingu lub pożyczone. Wbrew pozorom nie oznacza to złomu. Mogą to być dostępne w różnych rejonach świata maszyny z lat 80., jakich obecnie używają nasze wojska w Afganistanie. Trzeba je jednak odpowiednio dostosować do afgańskiej misji i doposażyć, głównie w urządzenia obrony antyrakietowej, czyli flary (są wystrzeliwane, gdy do śmigłowca zbliża się rakieta, aby ją zmylić), promienniki ciepła (również mają zmylić rakietę, która naprowadza się na źródło ciepła), rozpraszacze gazów spalinowych (mają utrudnić rakiecie namierzenie silnika). Na modernizację wszystkich śmigłowców Mi-8, Mi-17 i Mi-24 MON zarezerwował w 2007 r. 56 mln zł. - Pamiętajmy, że misja w Afganistanie nie potrwa wiecznie. Jeśli to ma być zakup na kilka lat, kupowanie całkiem nowych maszyn nie musi być najlepszym rozwiązaniem. Poza tym do obsługi Mi-17 mamy przeszkolony personel, części zamienne, doświadczenie, możliwość remontu w kraju - mówi red. Hołdanowicz.
Zadanie nr 3.: Radiostacje dla każdego
Teraz radiostację ma do dyspozycji tylko dowódca patrolu, a zdaniem ekspertów bezprzewodową łączność powinien mieć każdy żołnierz w polu. Dałoby to im przewagę w starciu z talibami, bo sprawniej wymienialiby się informacjami, przekazywali rozkazy, organizowali wsparcie. Takie urządzenie ma również duże znaczenie psychologiczne. - Żołnierz w patrolu czuje, że nie jest sam, nawet gdy na przykład w terenie skalistym czy jakiejś wiosce nie widzi kolegów. Czuje, że kolega jest blisko, bo go słyszy. Idzie ich sześciu, dziesięciu w patrolu i każdy może wezwać wsparcie czy poinformować o zagrożeniu. Wojskowi wielokrotnie nam zgłaszali potrzebę uzyskania takiego sprzętu - mówi Marek Cichocki, szef biura obsługi klienta polskiej firmy Radmor. Odpowiedni sprzęt produkuje kilka firm, potentatami są Motorola i Selex, ale interesującą radiostację testuje też Radmor.
Na razie nasi żołnierze sami kupują sobie motorole. W taki sposób w patrolu, jeden ma, drugi nie ma radiostacji, nie są one kompatybilne z pozostałym systemem łączności. - To trzeba w końcu rozwiązać, musimy mieć spójność pod względem łączności. Radiostacje absolutnie są w zasięgu ręki, mamy polskie małe radiostacje osobiste, są zagraniczne, wszystkie spełniają wymagania. Zakup można zrobić szybko - mówi red. Hołdanowicz.
Zadanie nr 4.: Granatniki do beryli
Nasi żołnierze używają w Afganistanie karabinów maszynowych Beryl 5,56 mm, do których można podczepić granatnik. Taka broń wyrzuca na odległość do 400 metrów gruby pocisk, który wybucha i razi odłamkami w promieniu 5 metrów. Granatnik jest szczególnie przydatny podczas walk w wioskach i skalistym, górzystym terenie. Dostępne są zagraniczne, ale mamy i dobry polski model, Pallad produkcji Zakładów Mechanicznych "Tarnów". - Nasze granatniki są zmodernizowane do standardu NATO, jesteśmy w pełni przygotowani do dostarczenia wojsku, wykonaliśmy serie próbne. Oferujemy je co roku, ale nie mamy odzewu na nasze propozycje. A sądzimy, że są niezbędne w Afganistanie - mówi dyrektor Andrzej Gryboś z ZM Tarnów. Amunicję do palladów produkują z kolei Zakłady Mechaniczne "Mesko" w Skarżysku-Kamiennej. Jeden granatnik Pallad kosztuje kilkanaście tysięcy złotych.
A to nie wszystko
Poza tą listą priorytetów są inne, mniejsze potrzeby, jak urządzenia do noktowizji (obserwacji w ciemności), gogle, kamizelki kuloodporne, w końcu pojazdy opancerzone mogące uzupełnić amerykańskie couguary. Wciąż aktualną ofertę takich pojazdów (RG31) ma kooperująca z polskim przemysłem firma BAE Systems. RG31 miał wejść do wyposażenia afgańskiej misji, ale MON zdecydował o wypożyczeniu couguarów. - RG31 jest najbardziej dopracowanym i sprawdzonym w boju wozem dostępnym na rynku, wykorzystywanym przez liczące się siły zbrojne, pokojowe i jednostki antypartyzanckie. Używają ich m.in. siły Stanów Zjednoczonych, Kanady i ONZ - mówi David Burgess, dyrektor zarządzający BAE Systems Polska.
Pojazdy opancerzone służą do patrolowania. Nie należy ich mylić z większymi, lepiej uzbrojonymi i opancerzonymi bojowymi wozami piechoty, czyli rosomakami.