To jednak tylko nieoficjalne informacje. Oficjalnie nikt w Ministerstwie Skarbu nie chciał tego potwierdzić. - Bo wiele razy już mieliśmy obietnice, z których nic potem nie wynikało - tłumaczy Maciej Wewiór, rzecznik resortu.
Sam minister skarbu Aleksander Grad był wczoraj nieuchwytny. Jednak już wcześniej zapowiedział (m.in. w sobotnim wywiadzie dla "Gazety"), że jeśli w poniedziałek rano nie będzie miał oficjalnego potwierdzenia, że transakcja jest zrealizowana, to wówczas zwróci się do Komisji Europejskiej z prośbą o zorganizowanie jeszcze jednego
przetargu. Ale nie wiadomo, czy Komisja Europejska taką zgodę wyda.
Jeśli nie wyda, przepisy specustawy wygasną i majątek stoczni trzeba będzie zbyć w drodze "zwykłej" upadłości ze wszystkimi tego konsekwencjami - możliwe, że wówczas zostanie sprzedany w jeszcze mniejszych częściach niż obecnie. Co stanie się wtedy ze stoczniowcami z Gdyni i ze Szczecina? Tego nie wiadomo. Odebrali odprawy (od 20 do 60 tys. zł) i do końca października mają wypłacane specjalne świadczenia pomocowe. Teraz wydaje się jednak mało prawdopodobne, żeby mogli wrócić potem do
pracy w stoczni.
To już kolejny zwrot akcji w trwającej od dwóch dekad epopei stoczniowej. W przypadku zakładów w Gdyni i
Szczecinie może to być zwrot ostatni. Oba zakłady przez ostatnie kilkanaście lat zmieniały właścicieli, podlegały różnego rodzaju "restrukturyzacjom". Z każdym upływającym rokiem coraz słabiej radziły sobie jednak na rynku, nie potrafiąc dostosować się m.in. do wahań kursu walut i zmieniających się cen surowców. Lwia część kontraktów na budowę statków, które podpisywano w Szczecinie i Gdyni w ostatnich latach, ostatecznie przyniosła kolosalne straty.
W ostatniej dekadzie stocznie istniały tak naprawdę tylko dzięki gigantycznej pomocy publicznej. Znaczna jej część już po 1 maja 2004 r. została wypłacono niezgodnie z unijnymi przepisami - co Komisja Europejska ostatecznie potwierdziła w swojej decyzji z listopada 2008 r.
Wówczas
Bruksela po raz ostatni poszła na rękę polskim stoczniom i zgodziła się, żeby zamiast nakazu zwrotu pomocy (co pociągnęłoby za sobą bankructwo) zakłady zostały sprzedane na aukcji i mogły działać dalej, choć bez gwarancji produkcji statków. Wcześniejsze próby sprzedaży stoczni w Gdyni i Szczecinie spełzły na niczym, bo żaden z potencjalnych inwestorów nie potrafił przygotować takiego planu restrukturyzacji i biznesplanu, które gwarantowałyby rentowność. Komisja kolejne wersje planów - i tym samym kolejnych inwestorów - odrzucała.
Specjalny przetarg odbył się w maju, ale inwestor - Stichting Particulier Fonds Greenrights powiązany z katarskim funduszem Qinvest - rozmyślił się i do 17 sierpnia nie wpłacił wynegocjowanej kwoty. Dopiero potem na scenę wkroczył fundusz Qatar Investment Authority.
Inną ścieżką potoczyły się losy Stoczni Gdańsk. Sprzedana prywatnemu inwestorowi jeszcze w 2007 r. została dzięki temu łagodniej potraktowana przez KE, która zaakceptowała udzieloną jej pomoc publiczną i plan restrukturyzacji. Wiąże się on z dużymi zwolnieniami i to dlatego przez weekend stoczniowcy protestowali przed domem premiera Donalda Tuska. Stoczniowcy z Gdańska domagają się takich samych bonusów za zwolnienie jak ich koledzy ze Szczecina i z Gdyni.