- Są sytuacje z gatunku niemożliwych. To była jedna z nich - rozkładał ręce minister skarbu Aleksander Grad, ogłaszając późnym popołudniem, że pieniądze od Qatar Investment Authority (QIA) nie wpłynęły, w związku z czym kolejne podejście do sprzedaży stoczni musi zostać uznane za nieudane.
- Otrzymałem w poniedziałek list od tej agencji, bardzo ciekawy. QIA potwierdza w nim, że jest zainteresowana stoczniami. Ale dla nas liczyło się tylko to, czy pieniądze wpłynęły. Otóż nie wpłynęły - przyznał minister.
To definitywny koniec procedury zaczętej jeszcze w maju, gdy specjalny
przetarg na stoczniowy majątek wygrała tajemnicza spółka Stichting Particulier Fonds Greenrights, powiązana z innym katarskim
funduszem inwestycyjnym QInvest. Gdy okazało się, że SPFG nie jest w stanie zapłacić za wylicytowany majątek, do gry weszła rządowa QIA. Jak się okazało - bez skutku.
Ministerstwo Skarbu Państwa już od kilku dni przygotowywało się na ten scenariusz. Jeszcze w ubiegłym tygodniu wysłało do Komisji Europejskiej list, w którym zapowiadało, że może ewentualnie prosić o ponowne przeprowadzenie procedury sprzedaży majątku stoczni w Gdyni i
Szczecinie w drodze specjalnego
przetargu. W poniedziałek po południu minister Grad napisał do Brukseli raz jeszcze: skoro wpłaty nie ma, prosimy o taką zgodę.
Nie wiadomo jednak, czy Komisja ją da. - Mam nadzieję, że tak. Stocznie już nie działają, więc co Komisji miałoby przeszkadzać, w jakim trybie sprzedamy majątek? - tłumaczył wczoraj.
Grad nie wykluczył, że jeśli KE zgodzi się na kolejny przetarg, to wystartuje w nim znów... QIA. - Ale to już będzie ich suwerenna decyzja, czy się zdecydują - zastrzegł.
Sprawy skomplikują się, jeśli Komisja Europejska nie wyda zgody na powtórzenie przetargu. To oznaczałoby, że majątek stoczni w Gdyni i Szczecinie trzeba sprzedać w drodze "zwykłej" upadłości likwidacyjnej, bo specustawa stoczniowa, pozwalająca sprzedać stoczniowy majątek w specjalnym przetargu, wygasa. - I taka zwykła upadłość jest rozwiązaniem znacznie gorszym. Stwarza wiele problemów: nie daje żadnych gwarancji, że przedsiębiorstwo stoczni zostanie sprzedane jako całość. Na odwrót: najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłaby dezintegracja stoczni. I to w bardzo długo trwającym procesie. Nawet kilkuletnim! - mówi "Gazecie" mec. Cezary Wiśniewski z kancelarii Linklaters.
Dziś na otarcie łez rządowi zostało prawie 40 mln złotych wadium wpłaconego przez niedoszłego inwestora (SPFG). Te pieniądze przejmie teraz obecny zarządca stoczni. I może je wydać np. na utrzymanie i konserwację majątku stoczniowego, do czasu aż kiedyś jakiś inwestor zechce go kupić. Grad zapowiedział także, że na jego polecenie Agencja Rozwoju Przemysłu pozwie SPFG o odszkodowanie.
Minister nie wykluczył, że rząd da stoczniowcom jeszcze dodatkowe pieniądze, oprócz tych, które już otrzymali w ramach świadczeń wynikających ze specustawy stoczniowej. - Poważnie się zastanawiam, czy ewentualnie tych funduszy [40 mln zł] nie wykorzystać do wsparcia stoczniowców, którzy chcą założyć własną działalność gospodarczą.
Grad zaapelował do byłych już pracowników stoczni w Gdyni i Szczecinie, by przyjmowali oferty
pracy, także poza przemysłem stoczniowym. Bo, jak przyznał, topnieją szanse, by mogli wrócić na stare miejsca pracy.
Czy fiasko prób sprzedaży stoczni do końca sierpnia oznacza, że minister Grad zostanie zdymisjonowany? Przed kilkoma tygodniami premier Donald Tusk zapowiedział właśnie taki scenariusz. Sam Grad mówił wczoraj tak: - Jestem do dyspozycji premiera. Stocznie są ważne, ale są też dziesiątki innych spraw do załatwienia - powiedział.
Opozycja nie czekała na oficjalne ogłoszenie decyzji QIA i już od rana zaciekle atakowała Grada. - Najważniejsze jest zapobiec, żeby stocznie przestały pracować. Kolejny termin wpłaty minął. Trzeba się zająć ludźmi, którzy tracą pracę - mówił rzecznik klubu PiS Mariusz Błaszczak. Wiceprezes PiS Aleksandra Natalli-Świat przypomniała zaś rządowi, że od sytuacji w stoczni zależy los blisko 500 kooperujących z nimi firm. Takich jak poznańskie zakłady H. Cegielskiego.