Biznes Ludzie Pieniądze

Ropa, która zbawi i odrodzi Brazylię

Maciej Stasiński
06.09.2009 , aktualizacja: 06.09.2009 22:17
A A A Drukuj
- Nasz plan to Druga Niepodległość - mówił tydzień temu prezydent Inacio Lula da Silva. Ogromna naftowa manna rodzi nadzieje, że Brazylia zlikwiduje biedę i stanie się mocarstwem
Były prezydent Brazylii Luiz Inacio Lula da Silva
Prezydent Brazylii Luiz Inacio Lula da Silva Fot. LAURENT GILLIERON AP
Były prezydent Brazylii Luiz Inacio Lula da Silva
Złoża ropy naftowej w Brazylii
Złoża ropy naftowej w Brazylii
SERWISY
W Brazylii nie było większego wydarzenia od lat. Kiedy prezydent Lula da Silva ogłaszał nowy plan wykorzystania odkrytych dwa lata temu olbrzymich podmorskich złóż ropy u południowo-wschodnich wybrzeży Brazylii, ceremonii nadał rangę święta odrodzenia kraju. Wzięło w nim udział trzy tysiące gości, transmitowały ją radia i telewizje.

- Te złoża to dar od Boga. To paszport do przyszłości. To bogactwo dobrze wykorzystane może zmienić Brazylię - mówił z entuzjazmem Lula da Silva.

To największe pokłady ropy, jakie odkryto na świecie w ostatnich kilkudziesięciu latach. Ich zasoby szacowane są na co najmniej 50 mld baryłek. Wartość po dzisiejszych cenach przekracza 3,6 bln dol., czyli ponad dwa razy więcej, niż warta jest cała gospodarka Brazylii.

Ropę odkryto dwa lata temu w podmorskim pasie o długości ok. 800 km, ok. 200-300 km od wybrzeży Brazylii.

Pokłady mają znikome ryzyko eksploatacyjne. Ropa leży równą warstwą na rozległym obszarze pod dnem oceanu. Ponad 80 proc. próbnych odwiertów od razu trafiło na ropę. To niespotykanie wysoki wynik.

Norwegia wzorem

Chociaż złoża odkryto już dwa lata temu, opracowanie planu, jak się do nich dobrać i jak je najlepiej wykorzystać, zabrało rządowi prawie dwa lata. Nafciarze, finansiści i eksperci dostali od prezydenta kilka wyraźnych wytycznych.

Po pierwsze, lwia część bogactwa musi przypaść państwu, a nie prywatnym spółkom, zwłaszcza zagranicznym. Za pośrednictwem państwa zaś ma na nim skorzystać naród.

Po drugie, Brazylia nie może być jeszcze jednym sprzedawcą surowej ropy, jakich na świecie wielu. Musi wnieść do produkcji wartość dodaną, czyli eksportować o wiele droższą benzynę i inne produkty petrochemiczne, które wcześniej wytworzą rodzime firmy dające pracę Brazylijczykom. Najlepiej, żeby sama Brazylia wyprodukowała sprzęt potrzebny do wydobywania i przerabiania ropy, musi więc w taki przemysł dużo zainwestować.

Po trzecie, Brazylia nie może się stać kolejnym utracjuszem, który roztrwoni bogactwo, szastając petrodolarami na lewo i prawo. Wzorem powinna stać się dla niej Norwegia. Cel jest jasny: Brazylia ma się stać potęgą i mocarstwem.

Wenezuela przestrogą

Tydzień temu Lula potwierdził, że wie, że naftowa manna może być przekleństwem, i niemal palcem wskazał na Wenezuelę, Nigerię i niektóre kraje arabskie, których Brazylii nie wolno naśladować. - Inni ulegli pokusie łatwych i szybkich pieniędzy. Sprzedawali ropę spod młotka, ile tylko mogli, zalały ich obce pieniądze, zniszczyli swój własny przemysł, rozmontowali gospodarkę. Ich dar do Boga zmienił się w przekleństwo. Nam nie wolno tak postąpić - mówił.

Problemem za to będzie koszt eksploatacji. Bo ropa chociaż jest lekka, czyli świetnej jakości, w przeciwieństwie do ciężkiej ropy wenezuelskiej wymagającej trudniejszego procesu rafinacji, leży na głębokości ok. 7 km pod poziomem morza, poniżej dwukilometrowego pokładu soli zalegającej pod dnem oceanu. Stąd jej nazwa: pre-sal.

Fachowcy sporządzili plan według wskazówek prezydenta, to znaczy tak, żeby naftowe bogactwo mogło zostać użyte do nadrobienia dziesięcioleci zacofania gospodarczego biednych, przede wszystkim północno-wschodnich regionów kraju, budowy nowoczesnego i powszechnego systemu oświaty, najnowocześniejszego technologicznie przemysłu.

Cele, jakie stawia przed Brazylią prezydent, podzielają: opozycja, ekonomiści i nafciarze, ale plan jest ostro krytykowany, głównie za etatyzm. Państwo ma być bowiem udziałowcem wszystkich pól pre-sal za pośrednictwem państwowego koncernu Petrobras.

Liberalni eksperci uważają, że Lula zawraca koło historii. Podczas gdy w 1997 roku Brazylia zdemonopolizowała przemysł naftowy i otwarła Petrobras na współpracę z kapitałem prywatnym, w tym głównie zagranicznym, teraz grozi jej renacjonalizacja.

Opozycja boi się też napędzenia mechanizmów korupcyjnych i tak toczących życie gospodarcze w Brazylii. Każdy brazylijski przedsiębiorca oprócz zwykłych kosztów prowadzenia działalności płaci tzw. custo Brazil, czyli haracz, którym opłaca się politykom i urzędnikom.

- W Norwegii też nie ma przetargów na koncesje. Rząd przyznaje prawo eksploatacji pól po analizie. Ale Brazylia to nie Norwegia. Mamy inną kulturę i inne rozmiary. Norwegia to 5 mln ludzi, a Brazylia - 200 mln - obawia się Ivan Londres, prawnik z firmy konsultingowej w branży naftowej CMS Cameron McKenna.

W dodatku prezydent żąda od parlamentu uchwalenia planu w trzy miesiące. - Czemu mamy to robić galopem, skoro rządowi opracowanie planu zajęło prawie dwa lata - pyta opozycja. I odpowiada, że prezydentowi się spieszy, bo chce, by w przyszłym roku mocarstwowy plan wyniósł do władzy obecną superminister rozwoju, panią Dilmę Rousseff, którą Lula da Silva lansuje jako swoją następczynię, bo sam nie może kandydować po raz trzeci.

Mimo że inwestorzy nie wiedzą, jak będą działać nowe zasady, pre-sal to wielki magnes dla pieniędzy z całego świata. - Jak się rozejrzymy po świecie, to gdzie znajdziemy stabilny kraj z takim ogromnym potencjałem w najbliższej przyszłości? Tylko Brazylia - uważa Justine Thody, z firmy Economist Intelligence Unit (EIU).



Co zrobi Brazylia z pieniędzmi?

Brazylia utworzy fundusz rozwojowy, do którego będą wpływać pieniądze z państwowych udziałów w złożach i zysków z ich eksploatacji. Za jego pośrednictwem rząd chce finansować rozwój edukacji, nauki, nowych technologii, służby zdrowia, kultury i ochrony środowiska. Fundusz może inwestować w Brazylii i za granicą.

Rada nadzorcza złożona z przedstawicieli rządu i organizacji społecznych będzie ustalać, ile z zysków fundusz będzie oddawał państwu na wskazane przezeń priorytety społeczne.

Model norweski

W Norwegii państwowy koncern Petoro zatrudnia 60 osób. Sam nie eksploatuje złóż, lecz wchodzi w spółki zarządzające polami. Zyski Petoro odprowadza do specjalnego funduszu emerytalno-inwestycyjnego "na potrzeby przyszłych pokoleń". Fundusz jest zarządzany niezależnie od rządu. Tylko 4 proc. pieniędzy z funduszu może być co rok wprowadzone go gospodarki. W 2008 roku fundusz miał na koncie blisko 400 mld dol.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    14 głosów