"Wiadomość z ostatniej chwili:
Google zatrudnia osoby do pracy z domu. Tysiące miejsc pracy, każdy może aplikować" - taką wiadomość podrzuca serwis TimeInsider.com. Pod elektryzującym nagłówkiem profesjonalnie sporządzony artykuł.
Dowiadujemy się, jak potężną firmą jest Google, i o tym, że uruchamia program "Work From Home". I ile można na tym zarobić.
Cytowana w artykule Mary z kalifornijskiego San Jose, która pracowała dla Google'a w trakcie eksperymentu jest zachwycona, że w środku kryzysu może komfortowo pracować we własnym domu dla takiego giganta. "Za każdy link płacą mi ok. 25 dol. (...) Miesięcznie zarabiam ok. 5,5 tys. dol.". Istna bajka, podobnie w komentarzach. "Widziałam to w wiadomościach (...) Natychmiast się zapisuję - komentuje Diane H. "Nie mogli tego ogłosić w lepszym momencie, moja żona i ja też mamy kłopoty i to może być na nie odpowiedź" - pisze ktoś inny. Mikey M. przekonuje, że dostał 12 czeków, w sumie na 8,4 tys. dol. - Prawdopodobnie wkrótce rzucę pracę - zapewnia. Ktoś na dowód zamieszcza zdjęcie pokazujące wycinek konta w Google. "Dzisiejsze zarobki - 306,98 dol.".
Bajeczna oferta, tym bardziej że praca polega na... wklejaniu w internecie linków przysłanych przez Google. A wymagania nie są wysokie: wystarczy podstawowa znajomość obsługi komputera i dostęp do internetu.
Jest tylko jeden problem - cała ta oferta to jeden wielki szwindel, a Google nie ma z nią nic wspólnego. Linki do wpisów w
blogach lub artykułów (takich jak z fikcyjnego serwisu TimeInsider czy równie fikcyjnego serwisu Miami Gazzette) są masowo rozsyłane pocztą, wklejane na forach, w serwisach społecznościowych itd.
Trik polega na tym, że by zacząć "pracę", trzeba zamówić książkę instruktażową - podać swoje dane i numer karty kredytowej - rzekome Google tłumaczy, że ma to odsiać oferty od niepoważnych osób. Poradnik kosztuje raptem 2-3 dol. Ale nieuważny internauta może nie zauważyć, że jednocześnie zgadza się na uczestnictwo w programie marketingowym. Program to blaga, ale miesięcznie spółka będzie za to ściągała od 50 do nawet 100 dol.
Ile osób się na to nabrało? W
USA, gdzie podobne oferty to niemal plaga - tysiące. W lipcu oszustów na celownik wzięła Federalna Komisja Handlu (FTC) - wszczęła postępowania w przypadku kilkunastu spółek oferujących nieistniejące miejsca pracy - w tym m.in. przeciw spółce Infusion Media stojącej za programem o nazwie "GoogleMoneyTree", która obiecywała zarobki na poziomie 100 tys. dol. w pół roku. Inne programy noszą podobne nazwy: Easy Google Profit, GoogleCash, GoogleFortune. Dwie ze spółek o oszustwa oskarżył już prokurator stanu Utah.
- Tysiące osób oszukano na miliony dolarów, wykorzystując spowolnienie gospodarcze. Oszuści oferują nieistniejące stanowiska pracy, dostęp do fikcyjnych rządowych grantów czy pracę z domu - grzmiał na konferencji David Vladeck kierujący w FTC biurem ochrony konsumentów. - Tak naprawdę mają jedną cechę wspólną: rozbudzają nadzieje ludzi i jednocześnie wpychają ich w jeszcze większą biedę.
"Sukces w internecie wymaga ciężkiej pracy. Każdy, kto twierdzi, że można tyle zarabiać na publikowaniu linków, używając jakiegoś sekretnego systemu czy poradnika, powinien być traktowany z dużą dozą sceptycyzmu" - pisze Google w oficjalnym
blogu i ostrzega przed podobnymi ofertami.
Mimo to oszuści wciąż działają. A to tylko potwierdza, że działalność musi być opłacalna. - Nietrudno uwierzyć w takie oferty, zwłaszcza jeśli są profesjonalnie przygotowane, a ludzie szukają dodatkowych źródeł zarobkowania - komentują specjaliści od internetowych oszustw.
Zobacz
fałszywą ofertę pracy na TimeInsider.com. Zwróć uwagę:
- w całym serwisie artykuł o rzekomej ofercie Google to jedyna istniejąca podstrona
- nie można dodać komentarza (od kilku dni widnieje informacja, że serwery są przeciążone)
- rzekome cytaty blogerów uczestniczących w programie nie mają żadnych odnośników do żadnych blogów