Prawdę mówiąc, tak do końca to nie rozumiem, ale przynajmniej mogę spróbować zgadywać. Problem leży w tym, że widzę cały szereg czynników, z których każdy mógł spowodować nieco lepsze wyniki gospodarcze Polski. Nie widzę jednak żadnego czynnika, który sam byłby w stanie w całości to wytłumaczyć. Niewykluczone więc, że mamy do czynienia z niezwykle korzystnym zbiegiem wielu okoliczności.
Przede wszystkim muszę pana uspokoić: depesze mówiące, że "
Polska jest liderem
PKB w Europie", nie są żadną pomyłką ani propagandą. Rzeczywiście, nasza gospodarka odnotowywała w pierwszej połowie roku najlepsze na kontynencie wyniki w zakresie produkcji i Polska jest prawdopodobnie jedynym krajem, w którym PKB jest dziś nieco wyższy niż przed rokiem.
W porównaniu ze spadkiem produkcji o 20 proc. na Litwie, Łotwie i Ukrainie, a nawet ze spadkiem o 6 proc. w Niemczech, to naprawdę wspaniałe osiągnięcie. Coraz częściej mówi się o nas jako o "jasnej plamie na mapie Europy". A co więcej, takie właśnie statystyczne wyliczenia są w dużym stopniu potwierdzane przez informacje płynące od zarządzających firmami oraz obserwowane zachowania konsumentów.
No to w takim razie - dlaczego? Jakim sposobem kraj, który zwykł zajmować się głównie narzekaniem, stał się znienacka miejscem cudu gospodarczego?
Po pierwsze, korzystamy chyba nadal z naszej wysokiej konkurencyjności jako miejsca lokowania produkcji. Mamy z jednej strony nieskrępowany dostęp do całego unijnego rynku, z drugiej zaś znacznie niższe koszty produkcji niż Europa Zachodnia. W czasach boomu powodowało to wielki napływ inwestycji do Polski. Dzisiaj wprawdzie prawie nikt nie inwestuje, ale i tak proces przesuwania produkcji ma miejsce: wielkie koncerny prawdopodobnie wolą mocniej zredukować produkcję w starych krajach Unii, a mniej u nas.
Po drugie, w porównaniu z innymi krajami naszego regionu (które także mogłyby liczyć na swoją wysoką konkurencyjność) dysponujemy potężnym atutem w postaci sporego rynku wewnętrznego. Polska gospodarka jest w mniejszym stopniu uzależniona od
eksportu niż np.
gospodarki Czech czy Słowacji.
Trzecią przyczynę polskiego sukcesu trzeba przypisać rządzącym - i to zarówno obecnemu, jak i poprzednim rządom (czy się to komu podoba czy nie). Polityka gospodarcza Polski w minionych latach z pewnością nie była idealna. Ale - w odróżnieniu od wielu krajów świata, w tym również wielu naszych sąsiadów z Europy Środkowo-Wschodniej - nasz kraj nie popadł w szaleństwo.
Nie rozregulowaliśmy finansów publicznych, jak Węgrzy, ani nie zadłużyliśmy się po uszy i nie zaczęliśmy żyć na kredyt, jak upite swym gospodarczym sukcesem kraje bałtyckie. Pozwoliło to nam w znacznie lepszej formie przeżyć gigantyczne finansowe zawirowania, które dotknęły świat. No i to, po czwarte, spowodowało, że polski sektor bankowy okazał się dość stabilny, zyskowny i stosunkowo odporny na wstrząsy.
Po piąte, do czynników pomagających nam w walce z kryzysem dochodzi napływ funduszy unijnych - właśnie w obecnym i przyszłym roku mamy do czynienia z największym wzrostem oferowanych przez Brukselę pieniędzy, a zwiększenie się skali finansowanych z ich pomocą inwestycji publicznych pozwala po części zrekompensować spadek inwestycji prywatnych przedsiębiorstw.
I wreszcie po szóste, w radzeniu sobie z kryzysem pomógł nam słabszy
złoty. Przy słabszej walucie nieco chętniej sięgamy po towary krajowe zamiast importowanych, częściej wyjeżdżamy nad Bałtyk, a eksporterzy uzyskują więcej złotych za swoje ciężko zarobione dewizy, dlatego mają wyższe zyski i nie muszą tak gwałtownie zwalniać ludzi. Nie da się zatem ukryć, że pomogło nam to, że mamy wciąż złotego, a nie euro (co uczciwie przyznaję, choć pozostaję zwolennikiem przyjęcia przez nasz kraj wspólnej unijnej waluty).
Wychodzi więc na to, że po prostu mieliśmy bardzo dużo szczęścia.