Biznes Ludzie Pieniądze

Prezes JSW: Nie mogę kłamać i czasem przez to przegrywam

Rozmawiał Tomasz Głogowski
2009-09-06, ostatnia aktualizacja 2009-09-13 11:20

- Interes 23 tysięcy pracowników jest ważniejszy niż interes 60 związkowców, którym fajnie się żyje w starym układzie - mówi Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej
Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej
Tomasz Głogowski: Platforma Obywatelska chce zmienić ustawę o związkach zawodowych. Nie tylko podwyższyć próg reprezentatywności, ale też ograniczyć niektóre przywileje związkowców. Pana zdaniem to dobry krok?

Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej: Pierwszy raz przekonałem się, jak źle działa ustawa o związkach zawodowych i ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, przy okazji strajku w kopalni Budryk. Nie może być tak, że trzech liderów związkowych (w tym jeden samozwańczy, który steruje wszystkim z tylnego siedzenia) zgromadzi od 50 do 300 ludzi i zablokuje na 46 dni dużą państwową firmę. Strajk przyniósł ok. 70 mln zł strat, a organom państwa właściwie do dziś jest to obojętne. Dopiero po prawie dwóch latach dostajemy z prokuratury jakieś pisma, że prowadzone jest postępowanie w sprawie nielegalnego strajku, chcą, żeby przesłać im dokumenty, dane osobowe itp. Inny przykład - związkowiec zatrudniony i opłacany przez kopalnię bierze udział w manifestacji z pielęgniarkami lub blokuje biuro premiera, nie ma go więc w pracy, a ja nie mogę wyciągnąć żadnych konsekwencji. Dlaczego? Bo przecież on jest oddelegowany do prac związkowych. Dlaczego ma być tak, że nie obowiązują go zasady, które obowiązują innych pracowników firmy?

Pracodawca jest stawiany w szachu pod pretekstem obrony bliżej nieokreślonych interesów, bo w przypadku Budryka nie wiadomo było tak naprawdę o co chodzi. Zrozumiałbym protest, gdyby Budryk był likwidowany, a ludzie mieli stracić pracę. A tak tych kilku liderów czuje się bezkarnie. Zwolniłem dyscyplinarnie ośmiu związkowców, ale dwóch z nich sąd już przywrócił do pracy, bo rozpatruje sprawę tylko formalnie. Na przykład pyta, czy poinformowałem związki zawodowe o zamiarze zwolnienia ich członka. A potem przywraca do pracy faceta, który pobił innego górnika i nie ponosi za to żadnych konsekwencji. A babcię, która ukradła ze sklepu kostkę masła, osądza i karze w dwa dni.

Ustawa musi zostać zmieniona, bo nie można w tak prosty sposób paraliżować zakładu pracy. Strajk nie może być narzędziem tak łatwo dostępnym, jak jest teraz. To powinna być ostateczność wykorzystywana do obrony miejsc pracy.

Dlaczego bycie związkowcem jest pana zdaniem tak atrakcyjne?

- Miesięcznie na konta związkowe ze składek wpływa około pół miliona złotych. Nawet jak 100 tysięcy z tego idzie do centrali, to i tak zostaje im ogromna kwota. Pracodawca nie ma żadnego wpływu na fundusz związkowy, to byłoby potraktowane jak zamach na wolność związkową. Ten fundusz jest poza wszelką kontrolą, nie pyta o niego ani urząd skarbowy, ani NIK. Tak naprawdę nie wiadomo, co się dzieje z tymi pieniędzmi, bo przecież większość paczek, wycieczek jest realizowana z pieniędzy pochodzących z funduszu socjalnego.

Nic dziwnego, że 60 facetów bije się o swoją pozycję, a więc o kasę, a pensję wypłaca im pracodawca. Zarabiają o połowę mniej niż ja, ale za nic nie odpowiadają. Siedzę do 20 w pracy, po nocach jeżdżę po Polsce i świecie, szukając kontrahentów, a panowie w tym czasie zastanawiają się, jak się uwiarygodnić przed załogą czy jak wywołać kolejną awanturę. Tak naprawdę to nie są źli ludzie. Po prostu system kształtuje ich zachowania.

U podstaw istnienia związków zawodowych leżą szczytne idee, m.in. obrona pracownika. Rozgranicza pan ruch od jego liderów?

- Do wielu działaczy podchodzę z dużym szacunkiem. Mieli idee i odważyli się zmienić ten kraj na lepsze, mieli odwagę przeciwstawić się reżimowi. Dzięki nim żyjemy w innej Polsce. Ale ci ludzie w większości odeszli. Są emerytami, umarli albo wyemigrowali. Tamtą historię przypisali sobie młodzi wówczas chłopcy, którzy dzisiaj wykorzystują swoją pozycję do prowadzenia wygodnego życia, zarabiania pieniędzy, robienia interesów i wtrącania się w proces zarządzania firmą. Bo wtrącają się absolutnie do wszystkiego, od polityki kadrowej aż do sprzedaży. I jeszcze wykorzystują do tego uczciwych ludzi, którzy pracują pod ziemią w bardzo trudnych warunkach. Mają do perfekcji opanowane metody socjotechniczne i zwyczajnie zastraszają ludzi: stracisz miejsce pracy, sprywatyzują cię, przyjdzie nowy właściciel i cię wyrzuci. Nieprawda! Jakikolwiek byłby właściciel, to będzie mu zależało na pracowniku, dzięki któremu zakład funkcjonuje. A kto może stracić na prywatyzacji? Ci, którzy nie wnoszą nic do przedsiębiorstwa. W naturalny sposób firma będzie się ich pozbywała. Można sobie więc odpowiedzieć, czego boją się niektórzy liderzy związkowi.

Ale pan i inni członkowie zarządu też macie możliwość informowania załogi, przekazywania ludziom swoich racji.

- Niestety, na tym polu przegrywany. Nie mogę kłamać, bo nie pozwalają mi na to ani prawo, ani moralność. Natomiast liderzy związkowi często używają populizmu i kłamstwa do swoich celów i nigdy za to nie odpowiadają. A jakby pracodawca skłamał, to byłaby awantura na cały kraj: że wprowadzaliśmy w błąd, że coś obiecywaliśmy, a nie dotrzymaliśmy słowa. Przegrywamy, bo nie jesteśmy populistami i nie zastraszamy pracowników.

Oczywiście próbujemy dotrzeć do naszych pracowników, głównie przez media i internet.

A może należałoby po prostu się z nimi spotkać? Związkowcy organizują masówki w kopalniach. Wykorzystują moment, kiedy jedni górnicy wyjeżdżają z dołu, a inni dopiero zaczynają szychtę. I mają na tych spotkaniach tłumy.

- Przyznaję, że mamy problem z bezpośrednim dotarciem do pracowników. To jest duża firma zatrudniająca 23 tysiące ludzi i trudno, żebym był w stanie spotykać się ze wszystkimi. Zawodzi, niestety, średni i wyższy dozór. Zatraciła się nam ścieżka kariery kompetencyjnej, a została kariery kolesioskiej, układów politycznych i związkowych. Średniemu szczeblowi w kopalniach jest na rękę brak zmian.

Pozostaje też problem "filtra", czyli związkowców, którzy od dawna przekazywali załodze tylko te informacje, które były dla nich wygodne. Po raz pierwszy zrozumieliśmy to po tragedii w kopalni Borynia. Wysłaliśmy do załogi bezpośredni komunikat: "Niestety, doszło do wielkiej tragedii, trzeba się zmobilizować i pracować dalej". To był jeden z pierwszych komunikatów w tej firmie skierowany prosto do ludzi. I wie pan, co się stało? Wzbudził ogromną reakcję związkowców. "Pani prezesie, to przecież my reprezentujemy załogę, to do nas powinien pan mówić, nas poinformować". Wtedy zrozumieliśmy, że trzeba dotrzeć bezpośrednio do załogi. Bo ludzie są pozytywnie nastawieni, chcą tylko uczciwej informacji.

Jest pan chyba na straconej pozycji. Starzy pracownicy są już skażeni system funkcjonowania górnictwa, dopiero młodzi mogą coś zmienić.

- Warto próbować, bo najbardziej boję się zarzutu, że nic nie robimy. Dlatego chcemy zmienić strukturę firmy i procedury zarządzania. Teraz zrzeszamy sześć kopalń. Na każdej jest inny układ zbiorowy pracy, różne systemy płacowe, różne taryfikatory, czyli jeden wielki bałagan. Tymczasem pracownik chce pracować w przejrzystej firmie. Dlatego postanowiliśmy jasno powiedzieć, kto tu jest pracodawcą, na co wydajemy pieniądze i jak powinno się pracować, żeby zarobić więcej i awansować. Ścieżka awansu musi być jasno określona. To nie może być ścieżka kolesiostwa. Jesteś dobry, idziesz w górę. Tego oczekuje młodsze pokolenie.

Doprowadził pan tymi propozycjami związkowców do furii?

- Uważam, że interes 23 tysięcy pracowników jest o wiele ważniejszy niż interes 60 związkowców, którym fajnie się żyje w tym starym układzie. Świat się zmienia, podobnie jak rynek pracy czy maszyny, które kupujemy. Nie możemy stać w miejscu, bo nie ma w biznesie takiej pozycji. Stanie w miejscu oznacza cofanie się.

Teraz nasza firma ma dwa zasadnicze problemy: dramatycznie kurczące się zasoby węgla oraz problem motywowania pracowników do pracy. Przez wiele lat dobrze żyliśmy, bo cena węgla koksowego była bardzo wysoka. To nas ratowało, ale gdy patrzmy na inne wskaźniki - coraz wyższe koszty, coraz droższy sprzęt, coraz więcej pracowników, a dwa razy mniejsze wydobycie - to nie jest już tak różowo. Coś w tym organizmie nie gra, a kryzys tylko uwydatnił nasze słabości. Ale z drugiej strony okazał się dla nas ratunkiem. Bo nie wiem, czy przy takich wskaźnikach jeszcze długo byśmy funkcjonowali. A kryzys pokazał nasze słabości i zmobilizował nas do pracy.

Na razie pan nie odpuszcza i wygląda na to, że uda się zmienić strukturę spółki. Jak zachowują się związki w sytuacji, gdy liczba etatów związkowych zmniejszy się o jedną trzecią?

- Część podpisała porozumienie, że dostosują się do nowej struktury. Ci, którzy nie podpisali, nie dostali pensji, bo trudno żebym im w tej sytuacji płacił. Ale widzę, że liderzy liczą na wymianę zarządu, bo to jest stały ich stały punkt programu. Prezes zmienia się co dwa lata, dyrektor kopalni co pięć, a związkowiec trwa na stanowisku przez 20 lat. To największa słabość firm państwowych. Dla zachowania chwilowego spokoju wymienia się zarząd albo dyrektorów i kupuje się pozorny spokój. Niestety, w górnictwie węglowym trwa ciągła karuzela kadrowa. Będę konsekwentny, bo to jedyny ratunek. Przeszliśmy przez kryzys, bo byliśmy konsekwentni.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

4

3 głosy