Minister Rostowski długo zaklinał rzeczywistość - że kryzysu w Polsce nie będzie. Ale nas dopadł, choć z siłą mniejszą niż sąsiadów.
ZOBACZ TAKŻE
- NBP: W przyszłym roku dług Polski przekroczy 55 proc. PKB (29-09-09, 08:55)
- Delikatny powiew optymizmu z MF (07-09-09, 17:54)
- Jak wyjść z tej dziury (07-09-09, 01:00)
- Jacek Rostowski w artykule dla Gazety: deficyt 2010: ponad 52 mld zł (05-09-09, 00:03)
- Budżet 2010 ze znacznie większym deficytem (02-09-09, 20:24)
Teraz minister zaprezentował się jako król paradoksu. Wyskoczył z deficytem na 2010r. dwa razy większym niż teraz - mimo że kilka miesięcy straszył, że nie zdołamy sfinansować wysokiego deficytu, a nawet zbankrutujemy. Jakim to cudem zagrożenia te nagle prysły?
Gdy państwo mniej zarabia, powinno mniej wydawać, zwłaszcza że nadal dużo pieniędzy jest marnotrawionych. Ale rząd stać raptem na drobne oszczędności kosztem urzędników.
Powód tej bierności rządu jest banalny - nie drażnić ludzi do wyborów prezydenckich. Bogaty rolnik woli, tak jak teraz, nie płacić podatku dochodowego i leczyć się na koszt innych (składki za rolników płaci państwo). Wiele grup zawodowych źle by przyjęło odebranie przywilejów emerytalnych.
Nie podejmując reform, rząd podlizuje się silnym grupom, zawsze gotowym do gwałtownej obrony własnych interesów. Jak jednak nie narazić się tym wyborcom, którzy chcą reform, bo służy to krajowi? I na to znalazł się sposób: winny jest Lech Kaczyński, który wszystko wetuje.
Owszem, prezydent nadużywa weta, ale przecież ostatnio nie ma czego wetować. Nie ma reform, nie ma ważnych ustaw. Koalicja PO-PSL nawet nie próbuje udawać, że są rzeczy, na których jej zależy, które są celem tego rządu, choćby za cenę kompromisów z opozycją. A przecież raz, w sprawie pomostówek, udało się dogadać z SLD.
Ratunkiem przed utonięciem państwa w długach ma być prywatyzacja. Rząd chce w latach 2009-10 zdobyć blisko 30 mld zł. O tyle mniej musielibyśmy pożyczyć. Trudno jednak o wiarę, że ten rząd jest w stanie tego dokonać.
Odłóżmy nawet na bok nieudaną prywatyzację stoczni. I to, że minister skarbu na polu prywatyzacji nie miał wielkich sukcesów. Zapomnijmy nawet, jak to wicepremier Schetyna skarcił ministra skarbu za pomysł sprzedaży KGHM.
Prywatyzacja wymaga odwagi, zwłaszcza w kryzysie, gdy nie da się wyśrubować cen za państwowy majątek. Rząd gotów prywatyzować, musi być też gotów na ryzyko ciągania po sądach, wysłuchiwania zarzutów opozycji o złodziejskiej prywatyzacji. Musi mieć odwagę stawienia czoła załogom i związkom zawodowym, które nieraz całkiem nieźle urządziły się w państwowych spółkach. I teraz w obronie wywalczonych często kijami i kamieniami podwyżek, deputatów i trzynastek nie zawahają się najechać Warszawy.
Premier Tusk i minister Rostowski podkreślają, że prywatyzacja to jedna z niewielu rzeczy, którą rząd może robić, nie oglądając się na prezydenta. To prawda, Lech Kaczyński nie może jej zawetować. Może jednak wziąć ją na sztandary w kampanii prezydenckiej. Zamiast starcia Polski solidarnej z liberalną mielibyśmy teraz plebiscyt: kto jest za wyprzedażą za bezcen państwowego majątku np. Niemcom, a kto przeciw?
Czy Donald Tusk podejmie takie ryzyko?
Gdy państwo mniej zarabia, powinno mniej wydawać, zwłaszcza że nadal dużo pieniędzy jest marnotrawionych. Ale rząd stać raptem na drobne oszczędności kosztem urzędników.
Powód tej bierności rządu jest banalny - nie drażnić ludzi do wyborów prezydenckich. Bogaty rolnik woli, tak jak teraz, nie płacić podatku dochodowego i leczyć się na koszt innych (składki za rolników płaci państwo). Wiele grup zawodowych źle by przyjęło odebranie przywilejów emerytalnych.
Nie podejmując reform, rząd podlizuje się silnym grupom, zawsze gotowym do gwałtownej obrony własnych interesów. Jak jednak nie narazić się tym wyborcom, którzy chcą reform, bo służy to krajowi? I na to znalazł się sposób: winny jest Lech Kaczyński, który wszystko wetuje.
Owszem, prezydent nadużywa weta, ale przecież ostatnio nie ma czego wetować. Nie ma reform, nie ma ważnych ustaw. Koalicja PO-PSL nawet nie próbuje udawać, że są rzeczy, na których jej zależy, które są celem tego rządu, choćby za cenę kompromisów z opozycją. A przecież raz, w sprawie pomostówek, udało się dogadać z SLD.
Ratunkiem przed utonięciem państwa w długach ma być prywatyzacja. Rząd chce w latach 2009-10 zdobyć blisko 30 mld zł. O tyle mniej musielibyśmy pożyczyć. Trudno jednak o wiarę, że ten rząd jest w stanie tego dokonać.
Odłóżmy nawet na bok nieudaną prywatyzację stoczni. I to, że minister skarbu na polu prywatyzacji nie miał wielkich sukcesów. Zapomnijmy nawet, jak to wicepremier Schetyna skarcił ministra skarbu za pomysł sprzedaży KGHM.
Prywatyzacja wymaga odwagi, zwłaszcza w kryzysie, gdy nie da się wyśrubować cen za państwowy majątek. Rząd gotów prywatyzować, musi być też gotów na ryzyko ciągania po sądach, wysłuchiwania zarzutów opozycji o złodziejskiej prywatyzacji. Musi mieć odwagę stawienia czoła załogom i związkom zawodowym, które nieraz całkiem nieźle urządziły się w państwowych spółkach. I teraz w obronie wywalczonych często kijami i kamieniami podwyżek, deputatów i trzynastek nie zawahają się najechać Warszawy.
Premier Tusk i minister Rostowski podkreślają, że prywatyzacja to jedna z niewielu rzeczy, którą rząd może robić, nie oglądając się na prezydenta. To prawda, Lech Kaczyński nie może jej zawetować. Może jednak wziąć ją na sztandary w kampanii prezydenckiej. Zamiast starcia Polski solidarnej z liberalną mielibyśmy teraz plebiscyt: kto jest za wyprzedażą za bezcen państwowego majątku np. Niemcom, a kto przeciw?
Czy Donald Tusk podejmie takie ryzyko?
Źródło: Gazeta Wyborcza
Wyborcza.biz w Twoim iPhonie -
pobierz aplikację!
Ocena:
słabe
nic specjalnego
dobre
bardzo dobre
znakomite
4.2
15 głosów
Przeczytaj 16 komentarzy na Forum
Wyborcza.biz poleca
Biznes, Ludzie, Pieniądze

Azbest będzie przetwarzany i znów wykorzystywany
PRZEŚWIETLAMY REKLAMY

Pożyczka u Stefczyka: wygodne raty mogą nieco uwierać
KOBIETA SUKCESU











