Ogłoszenie przez ministra finansów informacji o wielkości
deficytu budżetowego w weekend sprawiło, że dilerzy, którzy mają skłonność do spontanicznych reakcji nie mieli okazji zareagować. Giełda i rynek walutowy już nie działały. Dzięki temu czas dostali stratedzy inwestycyjni, którzy jeszcze raz policzyli, że taki deficyt nie jest szczególnym zagrożeniem.
Rząd przyjął pewną taktykę prowadzenia dialogu i to się sprawdza. To, że nie podnoszono gwałtownie deficytu budżetowego na początku roku pozwoliło nam zaskarbić sobie zaufanie inwestorów. Widać to po tym, że nie żądają od nas korzystniejszych dla siebie warunków spłaty długu.
Przy takim tempie
wzrostu gospodarczego, nie będziemy mieli w przyszłym roku zbyt dużych dochodów do
budżetu. Mamy zbyt dużo wydatków sztywnych - rewaloryzacji rent i emerytur, itd. Łatwo policzyć, że wydatki budżetu rosną, a dochody maleją. Jeśli zestawi się te dwie wartości to mamy deficyt.
W przyszłym roku można go finansować na dwa sposoby - albo dodatkowo się zadłużając, a wtedy możemy przekroczyć konstytucyjne progi ostrożnościowe, albo prywatyzować. Kluczową rolę w finansowaniu deficytu będzie miała moim zdaniem
prywatyzacja. Dzięki niej koszty pozyskiwania pożyczek pozostaną pod kontrolą.
Byłbym ostrożny z podatkami. Podwyższenie ich może dać potencjalne dochody
budżetowi, czyli zmniejszyć deficyt. Nasza gospodarka jest jednak w bardzo delikatnej fazie powracania na ścieżkę wzrostu i z tego punktu widzenia lepszy jest wyższy deficyt, niż wyższe podatki.
Zmiany w polskiej gospodarce dokonywały się dopiero wtedy kiedy wymagała tego sytuacja. Dzięki temu jest szansa, że dokończymy zaczętą w 1989 r. transformację.