Rząd chce usunąć bezpieczniki z naszego systemu emerytalnego. W projekcie
budżetu gabinet Donalda Tuska zaproponował, aby z pieniędzmi Funduszu Rezerwy Demograficznej (7,5 mld zł) wypłacić przyszłoroczne wydatki ZUS na renty i emerytury.
To więcej niż pomyłka. Za taki błąd będziemy słono płacić za 10 lat. Pieniądze odkładane na FRD miały być polisą dla starzejącego się społeczeństwa. Po 2020 r. na wypłatę emerytur dla dzisiejszych czterdziestokilkulatków może zabraknąć ponad 46 mld zł rocznie, a w 2025 - nawet ok. 63 mld zł.
To morze pieniędzy. Żaden rząd nie jest w stanie na bieżąco dokładać takich środków. Dlatego w ramach reformy emerytalnej powstał FRD. Fundusz miał przez dwie dekady gromadzić pieniądze na wsparcie ZUS w ciężkich chwilach. Miał zebrać do tej pory 20 mld zł. Zebrał - z winy Leszka Millera, Marka Belki, Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, którzy traktowali fundusz po macoszemu - zaledwie 7,5 mld. zł.
Teraz nawet te niewielkie środki mają zostać wydane. Co zostanie na ciężkie czasy?
Wydawało się, że rząd rozumie to zagrożenie. Jeszcze w styczniu (czyli już w kryzysie) gabinet Donalda Tuska przepchnął przez parlament ustawę, która na FRD przeznaczała niemal co drugą złotówkę z prywatyzowanych spółek.
Teraz, jak widać, zmienił zdanie. To krótkowzroczna polityka. Decyzja Donalda Tuska przypomina bajkę La Fontaine'a o mrówce i koniku polnym. Mrówka pracowała przez całe lato, zbudowała dom i zgromadziła zapasy na zimę. Konik polny niczego nie gromadził. Gdy przyszła zima, mrówka schroniła się do domu i żyła z zapasów. A konik umarł z głodu i zimna.
Nasz kraj w tej sytuacji to beztroski konik. Mrówkami są zaś Hiszpanie, którzy w podobnym funduszu mają 45 mld dol., Francuzi 39 mld dol. czy Szwedzi - 117 mld dol. (dane OECD, stan na koniec 2008).
Rządowe argumenty, że trudny czas już nastał, są mydleniem oczu. Trzeba zadać pytanie, czy wykorzystano wszystkie inne możliwości zdobycia pieniędzy? Naszym zdaniem nie!
(Niech rząd przestanie mówić o
prywatyzacji, a zacznie wprowadzać ją w życie. Sam koncern energetyczny Tauron jest wart 10 mld zł.
(Rząd może przestać zwracać VAT za materiały budowlane. Da to 1 mld zł.
(Czy naprawdę ludzie zarabiający dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie potrzebują tysiąca złotych becikowego dla swoich nowo narodzonych
dzieci? To by dało 100 mln zł.
(Kiedy rząd odważy się na prawdziwą reformę KRUS, emerytur mundurowych, górniczych, sędziowskich, prokuratorskich? Kosztują nas one ponad 25 mld zł rocznie. Dziś politycy po prostu boją się narazić którejkolwiek z tych grup.
(Cała Europa odchodzi od przywilejów grupowych pozwalających przejść policjantowi na emeryturę w wieku trzydziestu kilku lat, a bogatemu rolnikowi nie płacić nawet składki zdrowotnej.
NA FRD musimy wszyscy złożyć się solidarnie. Potrzebujemy minimum 100 mld zł. Na ich zebranie mamy 10 lat. Demografii nie przeskoczymy, musimy mieć te pieniądze.
Dziś na jednego emeryta przypada czterech pracujących, w 2030 r. będzie ich już tylko dwóch. Prawdziwy dramat czeka nas w 2050 r. - na 15 mln pracujących będzie aż 11 mln osób na emeryturze lub rencie.
Trzeba też podjąć niezwykle niepopularną w społeczeństwie decyzję: podnieść wiek emerytalny Polaków.
Osoby, które będą dłużej pracować, odłożą więcej kapitału. To zapewni wyższą emeryturę, bez konieczności dopłat z budżetu państwa.
Pierwszym tego etapem jest zrównanie wieku emerytalnego obu płci (teraz Polki pracują pięć lat krócej). Zdecydowana większość państw europejskich zrównała lub chce zrównać wiek emerytalny kobiet. Np. Niemki będą pracować do ukończenia 67 lat - tak jak mężczyźni, Estonki - do 63, a Łotyszki i Węgierki - do 62. roku życia.
Wiek emerytalny podwyższył nawet Watykan. Benedykt XVI postanowił, że od przyszłego roku pracownicy państwa watykańskiego będą mogli przechodzić na emeryturę w wieku 67 lat, a nie jak dotychczas 65. Dotyczy zarówno mężczyzn, jak i kobiet. Wśród 4,6 tys. pracowników państwa watykańskiego 20 proc. to kobiety.
W Trybunale Konstytucyjnym od dwóch lat leży skarga rzecznika praw obywatelskich, który domaga się zrównania wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Jak się dowiedzieliśmy, dopiero po wyroku trybunału Ministerstwo Pracy opracuje projekt ustawy podnoszącej wiek emerytalny.
Mężów stanu poznaje się po umiejętności podejmowania trudnych decyzji. Skok na FRD jest zwyczajnym zrzuceniem kłopotu na nasze dzieci.
Dla Gazety - Michał Boni, minister w kancelarii premiera Ustawa mówi, że od 2009 r. można korzystać ze środków FRD (zgodnie z procedurą prezes ZUS występuje do Rady Ministrów z uzasadnieniem i wykazaniem potrzeb, po konsultacjach i rozpatrzeniu wniosków RM podejmuje decyzje).
Na razie nie ma jednak takiej decyzji. W ustawie budżetowej zapisaliśmy taką możliwość.
Zostały spełnione wszelkie przesłanki, aby z pieniędzy z Funduszu skorzystać. Już zaczynają się bowiem niekorzystne zmiany demograficzne. Rok 2010 będzie pierwszym rokiem od wielu lat, w którym skurczy się liczba osób będących w wieku aktywności zawodowej, czyli mogących pracować. Od dwóch lat w coraz większej skali przechodzą na emeryturę kobiety z pierwszego powojennego wyżu demograficznego. Wyliczyliśmy, że z powodów demograficznych w latach 2008, 2009 i 2010 potrzeby Funduszu Ubezpieczeń Społecznych zwiększą się o 6-7 mld zł.
Fundusz cały czas będzie zasilany pieniędzmi z prywatyzacji - 40 proc. z niej będzie trafiało do Funduszu, co oznacza, że do końca 2010 r. Fundusz może dysponować kwotą 16 mld zł. Taki ruch byłby wsparciem FRD dla rozwiązania już istniejących problemów demografii przy zachowaniu wysokiego bezpieczeństwa Funduszu (właśnie dzięki wysokiemu tempu prywatyzacji, czyli radykalnemu podwyższeniu aktywów Funduszu).