Teoretycznie nie powinniśmy mieć żadnych obaw. -
Polska jest bezpieczna energetycznie - przekonywał wczoraj w Krynicy wicepremier minister gospodarki Waldemar Pawlak. - Zaspokajamy 60 proc. naszego zapotrzebowania na energię z węgla, 20 proc. z ropy, a 12 proc. z gazu, z czego jedna trzecia to wydobycie krajowe. Reszta to źródła odnawialne - wyliczał wicepremier.
- Nie boimy się Rosji, to jest nasz partner handlowy - wtórował Pawlakowi wiceminister skarbu Mikołaj Budzanowski.
W tym samym tonie mówił Jacek Krawiec, prezes PKN Orlen.- My też czujemy się bezpieczni. W ramach całej grupy odbieramy 25 mln ton ropy rocznie, z czego ponad 90 proc. z Rosji. I nigdy nie mieliśmy większych problemów z dostawami - mówił Krawiec. - Dziś efektywność ekonomiczna ropy z Rosji jest nie do pobicia. Nie widzę najmniejszego powodu, by zmieniać źródło dostaw - stwierdził.
Jednak zarówno przedstawiciele rządu, jak i prezesi koncernów paliwowych i energetycznych występujący w czwartek na Forum Ekonomicznym w Krynicy przyznawali, że korzystne statystyki (i dotychczasowy brak złych doświadczeń, jeśli chodzi o dostawy z Rosji, z wyjątkiem zeszłorocznego kryzysu
Rosja -
Ukraina) nie powinny zniechęcać Polski do inwestowania w alternatywne źródła energii. Jako kraj powinniśmy też dbać, by Unia Europejska nie zapomniała o haśle "energetycznej solidarności".
Kłopot w tym, że kolejne ekipy rządzące więcej o tym mówiły, niż faktycznie robiły. - Ostatnie 15 lat zostało zmarnowanych. W czasie, gdy w Polsce dyskutowało się o bezpieczeństwie, państwa Unii Europejskiej zbudowały 13 terminali do skroplonego gazu (LNG). Ten, który od niedawna budujemy, będzie dopiero 14. w Europie - stwierdził Budzanowski. Politycy PO i PSL zapewniają, że to właśnie ich rząd naprawdę zabrał się do dywersyfikacji dostaw energii. Budowa gazoportu w Świnoujściu rozpoczęła się, podpisano kontrakt z Katarem na dostawy gazu, a do czerwca 2014 r. ma powstać dodatkowe tysiąc kilometrów gazociągów łączących nas z siecią zachodnioeuropejską.
Z kolei energetyczna solidarność w Unii właśnie się rodzi. W bólach, ale jednak. Pierwsze zapisy "solidarnościowe" (np. klauzula dzielenia się własnymi zapasami) są już zapisane w unijnym prawie.
- Bitwa na słowa została wygrana - przekonuje europoseł PO Janusz Lewandowski, kandydat na kolejnego polskiego komisarza w Komisji Europejskiej.
Kłopot w tym, że "solidarność energetyczna", z mozołem wpisywana do kolejnych unijnych dyrektyw, rozporządzeń itp., często rozmija się z interesem firm. Niektóre wolą podpisać intratny kontrakt z Gazpromem, niż przejmować się tym, co jest napisane w rezolucji Parlamentu Europejskiego - jak kwaśno zauważył jeden z uczestników panelu energetycznego w Krynicy. Przykładem jest Gazociąg Północny, który Gazprom buduje wraz z koncernami niemieckimi. - Nawyki biznesowe będą psuły solidarność energetyczną - przyznaje Lewandowski. - To, co dla nas jest "spiskowaniem" Niemców i Rosjan, dla Niemców jest po prostu dywersyfikacją dostaw. Więc im szybciej podłączymy się do zachodnioeuropejskiej sieci gazo- i naftociągów, tym lepiej dla nas - podsumował Krawiec.
- Więc co Polska powinna robić w ramach europejskiej solidarności energetycznej? To samo, co robią inne kraje Unii. Dużo o niej gadać, a w międzyczasie zawierać jak najlepsze umowy z Rosją - ponuro zażartował Robert Soszyński, prezes PERN "Przyjaźń" (firmy zarządzającej ropociągiem Przyjaźń).
Sytuację komplikuje to, że konsolidacja firm energetycznych w naszym regionie, zwłaszcza tych paliwowych, jest zamrożona, choć jeszcze niedawno rządy państw naszego regionu lubiły o niej mówić (i każdy z nich wyobrażał sobie, że to właśnie jego narodowy koncern będzie integratorem). - Dziś już nie warto mówić o integracji rynkowej. Bo nie ma spółek na sprzedaż - narzeka Zsolt Hernadi, prezes węgierskiego MOL-a, największej firmy w regionie. - Teraz państwa mówią o "bezpieczeństwie energetycznym" i nie chcą oddawać kontroli nad spółkami - wytknął Węgier.
Bezpieczeństwo energetyczne to jednak nie tylko kwestia dostaw gazu i ropy, konsolidacji rynku i agresywnych poczynań Gazpromu. Obecni w Krynicy przedstawiciele firm elektroenergetycznych ostrzegali, że także wprowadzany w Unii Europejskiej "Pakiet energetyczno-klimatyczny" (zakładający redukcję emisji CO2 o 20 proc. do 2020 r.) może mieć opłakane konsekwencje dla sytuacji gospodarczej. - Wprowadzenie zasady, że za emitowanie CO2 trzeba płacić, w krótkim czasie spowoduje wzrost cen energii. Obawiam się, że Polska gospodarka, już dotknięta podwyżkami rzędu 20-30 proc., może tego nie wytrzymać - mówił w Krynicy Wojciech Topolnicki, wiceprezes PGE, największej polskiej spółki elektroenergetycznej. Spalanie węgla (podstawowego źródła energii w Polsce) powoduje największe emisje gazów cieplarnianych i pyłów. A technologie przechwytywania CO2 są porażająco drogie. Jak ujawnił Topolnicki, przechwycenie 1 tony CO2 w eksperymentalnej instalacji CCS w Elektrowni Bełchatów ma kosztować 60 euro. - To jest zupełnie nieopłacalna technologia - rozkładają ręce eksperci. - Bez wsparcia państwa nie poradzimy sobie.
Czy cały świat pójdzie drogą Unii Europejskiej i zdoła zawrzeć międzynarodową umowę o redukcji emisji CO2, która zastąpi wygasający Protokół z Kioto? Prawdopodobnie nie - czytaj na
blogu Konrada Niklewicza blogue.blox.pl