Ogłoszenie przed kilkoma dniami przez ministra finansów, że deficyt budżetu państwa w 2010 r. wyniesie ponad 52 mld zł, dla większości polityków i komentatorów było szokiem. Uważne przeczytanie projektu ustawy budżetowej może jeszcze bardziej bulwersować - w porównywalnych z tegoroczną nowelizacją warunkach deficyt wyniesie 67,5 mld zł. Jak to możliwe, skoro według rządu polska gospodarka przeszła przez kryzys suchą nogą i nadchodzi ożywienie?
Rzeczywiście, polska gospodarka jak dotąd lepiej niż większość europejskich przechodzi światowy kryzys i przyznajemy, że lepiej niż obydwaj sądziliśmy pół roku temu. Wpłynęło na to kilka czynników, przy czym trzem należy przypisać szczególne znaczenie.
Co nas uratowało? Przedsiębiorczość znów okazała się silną stroną polskiej gospodarki. W okresie wysokiej koniunktury, szczególnie w latach 2007-08, szybko rosły zapasy przedsiębiorstw. Udział przyrostu zapasów w PKB osiągnął odpowiednio 2,9 i 1,9 proc. Teraz nastąpiło ich ograniczenie (o 1,1 proc. PKB w I półroczu). A to oznaczało silne zmniejszenie popytu importowego. W rezultacie odnotowaliśmy w pierwszej połowie roku wyraźną poprawę
bilansu handlowego - pojawiła się znacząca nadwyżka eksportu nad importem. Przy tym nadwyżkę tę osiągnęliśmy, kiedy nominalnie wolumen handlu światowego spadł o 30 proc. (rok do roku). Przyczyniło się także do tego bardzo mocne osłabienie złotego na przełomie 2008 i 2009 r., które zwiększyło znacząco opłacalność naszego eksportu i wymusiło dodatkowo ograniczenia po stronie importu, który odpowiednio drożał. Poprawił się
bilans handlu zagranicznego w stosunku do I półrocza 2008 r. o 26,2 mld zł (4,1 proc. PKB), ale ta poprawa negatywnie wpłynęła na dochody z VAT-u (szacujemy ubytek na około 4,5 mld zł przy 5 mld zł całego spadku wpływów).
Wzrost gospodarczy w I poł. 2009 r. podtrzymywał także
relatywnie wysoki popyt konsumpcyjny. W tym przypadku pozytywnie zadziałało obniżenie stawek podatku dochodowego oraz - już w mniejszym stopniu - składki rentowej. To stymulowało konsumpcję i wytwarzanie towarów i usług, ale też wywołało ujemny efekt dla równowagi finansów publicznych. Popyt na usługi ciągle się utrzymywał na wysokim poziomie w okresie wakacyjnym - znacznie więcej rodaków spędziło wakacje w kraju, bo wyjazd zagranicę stał się wyraźnie droższy z powodu stosunkowo słabego złotego.
Wbrew rządowej retoryce
polityka fiskalna była w tym okresie faktycznie ekspansywna. To, co politycznie zapowiedziano z początkiem roku (rządowa weekendowa akcja szukania oszczędności), zaczęło prawnie działać dopiero od sierpnia. Podczas gdy w ciągu pierwszych siedmiu miesięcy 2008 r. wydatki budżetu państwa wyniosły 153,6 mld zł, w tym samym okresie 2009 r. wyniosły one aż 175 mld - o 14 proc. więcej. W podobnej skali rosły wydatki w sektorze samorządów. Szacujemy, że w I poł. 2009 r. deficyt sektora finansów publicznych mógł osiągnąć ponad 45 mld zł (czyli ok. 7 proc. PKB).
Wzrost wydatków publicznych generował również wzrost popytu inwestycyjnego, głównie za sprawą coraz silniejszego strumienia środków unijnych. Pobudza to w szczególności budownictwo infrastrukturalne.
Problem w tym, że te czynniki, które decydowały o naszym relatywnym powodzeniu w I półroczu 2009 r., mają charakter przejściowy lub ich dalsze utrzymywanie się nie jest pewne. Przedsiębiorstwa raczej nie będą obniżać zapasów,
złoty się umocnił i trudno oczekiwać jego ponownego gwałtownego osłabienia.
Jednocześnie pojawia się sporo znaków zapytania sygnalizujących narastanie kolejnych problemów i zagrożeń.
Gdzie czają się zagrożenia? • Zatrudnienie. Tu obraz jest mglisty. Urzędy pracy rejestrują - wciąż niewielki - przyrost bezrobocia. Natomiast z badań GUS (BAEL) wynika, że zatrudnienie rośnie zwłaszcza w sektorze usług.
Wydaje nam się, że można to pogodzić, przyjmując, że znów rośnie szara strefa oraz upowszechnia się niepełny czas pracy. Jedno i drugie będzie powodowało - o ile się te zjawiska pogłębią - utratę dochodów budżetowych i osłabienie popytu konsumpcyjnego.
Problem poważniejszy to kwestia wydajności pracy, dotychczas bardzo silnej strony polskiej gospodarki. W latach 1999-2002 zatrudnienie gwałtownie spadało, ale szybko rosła wydajność pracy. Tym samym rosła konkurencyjność firm - podstawa ich przyszłego eksportowego sukcesu i zasadnicza dźwignia ożywienia gospodarczego.
Teraz jest zdecydowanie inaczej. Firmy raczej starają się utrzymać pracowników, sądząc, że spowolnienie będzie krótkotrwałe. Ale też spada wydajność pracy i ogólnie produktywność. To oznacza osłabienie konkurencyjności przedsiębiorstw i nie wróży dobrze dynamice polskiego eksportu.
Pytanie także, czy uda się utrzymać obecny poziom zatrudnienia w II poł. br. i w 2010 r. Jeśli nie, to będziemy mieli do czynienia z pojawieniem się wewnętrznego impulsu recesyjnego, bo oznacza to dalsze osłabienie popytu konsumpcyjnego.
• Popyt zewnętrzny. Najistotniejsze dla nas jest to, czy gospodarka krajów strefy euro, a w szczególności niemiecka, weszły już w fazę ożywienia. Wydaje się, że jest to raczej faza stabilizacji na niskim poziomie aktywności gospodarczej. Ponadto dla nas ważny jest wzrost niemieckiego importu, a sygnały dotyczą raczej poprawy po stronie eksportu.
Generalnie sytuacja u naszych głównych partnerów gospodarczych w Europie Zachodniej jest zróżnicowana. W Wielkiej Brytanii obserwujemy lekką poprawę, we Włoszech i na obszarze Beneluxu wciąż pogorszenie. W Ameryce nadal spadek, choć o wyraźnie mniejszej dynamice. Być może III kwartał przyniesie odwrócenie trendu.
W sumie nie ma powodu liczyć na to, że w II poł. 2009 r. czynniki zewnętrzne zaczną już działać na naszą korzyść. Dzisiaj już wyraźnie widać, że dla ożywienia gospodarki światowej kluczowe znaczenie będzie miała Azja. Zanim impuls z Azji dotrze do nas poprzez Amerykę i Europę Zachodnią musi minąć rok, a może i nieco dłużej.
Projekt budżetu zakłada, że w 2009 r. wolumen eksportu zmniejszy się o 8 proc. (w I półroczu zmniejszył się o 14,9 proc., czyli implicite pod koniec roku może już rosnąć), a w 2010 r. wzrośnie o 2,8 proc. Są to założenia dość realistyczne, chociaż mamy bardziej pesymistyczną prognozę dla bieżącego roku.
• Sytuacja sektora finansów publicznych. Tu znów wróciliśmy do sytuacji alarmowej. Jest paradoksem, że przy relatywnie lepszej niż w innych krajach sytuacji w sferze wytwarzania mamy gorszą sytuację w finansach publicznych. Skala nierównowagi fiskalnej i napięcia budżetowego jest znacznie większa niż nasze wcześniejsze bardzo pesymistyczne oceny. Zadecydowały o tym dwa czynniki: znaczący spadek dochodów budżetowych oraz wciąż wysoki poziom wydatków publicznych, zarówno w sektorze centralnym, jak i w sektorze samorządowym. Przy tym podawane przez Ministerstwo Finansów bieżące dane nie dają pełnego obrazu trudnej sytuacji, który jest retuszowany za sprawą kilku operacji rachunkowych.