W lutym 2008 r. prezydent Francji Nicholas Sarkozy poprosił trzech ekonomistów - Josepha Stiglitza, Amartya Sena i Jeana-Paula Fitoussiego - by stworzyli zespół, którego celem miały być rewolucyjne zmiany w statystyce rachunków narodowych. Zespół nazwany Komisją ds. Mierzenia Wyników Gospodarczych i Społecznego Postępu składa się z trzech wyżej wymienionych profesorów (Stiglitz jest prezesem, Sen ma status doradcy, a Fitoussi koordynatora), 23 innych członków oraz 9 współpracowników. Kilku członków Komisji to postacie znaczące. Stiglitz i Sen są noblistami, podobnie jak trzej inni członkowie zespołu: Kenneth J. Arrow, James Joseph Heckman i Daniel Kahneman. Jest też jeden z najwybitniejszych współczesnych socjologów Robert Putnam, jest Nicolas Stern, autor raportów o ociepleniu klimatu, i kilku innych wybitnych naukowców. "Francuski łącznik" Fitoussi jest ekonomistą lewicującym, autorem książki "Ekologia polityczna".
Jak zmierzyć wielkość Francji? Sama inicjatywa była dość niezwykła. Przede wszystkim nie bardzo wiadomo, dlaczego niedoskonałości
PKB jako miernika bogactwa zaniepokoiły akurat prezydenta Francji. Metodologia liczenia PKB została opracowana po II wojnie światowej przez agendę ONZ. Wielki wkład w jej opracowanie miał Richard Stone i Simon Kuznets. Obaj zostali po latach uhonorowani Nagrodą Nobla. Metodologia opisana jest w dokumencie United Nations System of National Accounts opublikowanym po raz pierwszy w roku 1953 i kilkakrotnie poprawianym (w 1968, 1993 i 2008 r.). Dyskusja nad sposobem mierzenia bogactwa (dochodów, produktu) toczy się w międzynarodowych instytucjach -
MFW, OECD, UE - które zgłaszają swoje sugestie.
Krótko mówiąc - jeśli zachodzi potrzeba zmiany metodologii liczenia PKB lub wprowadzenia nowych wskaźników, agendy ONZ oraz międzynarodowe instytucje finansowe są właściwym miejscem dla przeprowadzenia takiej operacji.
Francja jako duży kraj mogłaby oczywiście wykorzystać w nich swoje wpływy dla zainicjowania prac.
Ale Sarkozy wybrał zupełnie inną drogę. Za pieniądze francuskiego podatnika sfinansował liczący 291 stron dokument, który w ubiegłym tygodniu ujrzał światło dzienne. Nie wiemy oczywiście, jaki jest wkład poszczególnych członków w prace Komisji. Nie wykluczam, że w większości przypadków sprowadzał się wyłącznie do zaaprobowania pracy ścisłego komitetu redakcyjnego. Pojawiły się od razu złośliwe, choć niepozbawione racji komentarze, że Sarkozy chciałby mieć taką miarę ekonomiczną, która pokazałaby, że sytuacja Francji jest lepsza niż w rzeczywistości.
Argumenty Stiglitza O konieczności stworzenia alternatywnych mierników bogactwa i dobrobytu mówił w kilku wywiadach i artykułach Joseph Stiglitz. W tekście "Wielkie oszustwo PKB" opublikowanym przed kilku dniami przez wiele gazet amerykańskich i brytyjskich Stiglitz pisze: "Jeśli mamy słabe środki pomiaru celu, do którego dążymy, możemy przyczynić się do faktycznego pogorszenia warunków życia".
Stiglitz wytacza przeciwko PKB wiele znanych argumentów:
"Politycy, prowadząc politykę mającą na celu maksymalizację PKB, pomijają odczucia i preferencje społeczeństwa, które wolałoby mieć więcej bezpieczeństwa, lepsze usługi publiczne, a nie abstrakcyjny wskaźnik".
To argument trochę nie fair. Po pierwsze - preferencje społeczne są uwidaczniane w demokratycznych wyborach. Nie są one jednolite - poszczególne grupy mają różne oczekiwania. Po drugie - nie zawsze są spójne i racjonalne. Wyborcy często nie zdają sobie sprawy (lub nie interesują się tym) z ograniczeń budżetowych, które rozsądny polityk musi uwzględniać. Po trzecie i najważniejsze - możliwość zaspokojenia społecznych potrzeb i preferencji zależy od poziomu PKB.
„O jakości życia świadczy nie tylko średni poziom dochodów, ale także ich rozkład; to, czy nierówności są duże, czy nie”.
Ale statystyka siłą rzeczy musi posługiwać się wielkościami średnimi, co nie znaczy, że stają się one fetyszami. Nic nie stoi na przeszkodzie, by wskaźniki średnie opatrywać komentarzami pokazującymi poziom nierówności. Ten ostatni mierzymy za pomocą współczynnika Giniego (opracowanego przez włoskiego demografa i statystyka Corrado Giniego).
"Ważny składnik PKB - usługi publiczne - jest mierzony nakładami, a nie efektami. Przed 60 laty, gdy powstawała metodologia liczenia PKB, wydatki rządowe były stosunkowo niewielkie, ale do dziś wzrosły dwukrotnie i obecnie w wielu krajach stanowią 50 proc. PKB. Jeśli nie potrafimy mierzyć właściwie wartości usług nierynkowych, to popełniamy kolosalny błąd przy mierzeniu PKB".
Ten argument może zrobić duże wrażenie na laikach, ale przecież PKB mierzymy trzema sposobami: sumując wartość dodaną w gospodarce, sumując dochody pierwotne (zyski, płace itd.) i sumując wydatki (konsumpcyjne, inwestycyjne, wydatki rządu). Statystyk ma problem z dopasowaniem do siebie wyników osiąganych przy liczeniu trzema metodami, ale jest to tylko kwestia techniczna.
"Dynamika PKB nie uwzględnia zmian jakościowych, tylko ilościowe".
To argument istotny przy mierzeniu inflacji. A jeśli mierzymy dynamikę PKB, musimy
inflację uwzględnić. Może się na przykład zdarzyć, że produkcja samochodów wzrosła o 5 proc., a jednocześnie o 5 proc. wzrosła przeciętna cena samochodu. Uznajemy więc, że realnie wartość produkcji nie wzrosła. Tymczasem zmieniła się jednak jakość samochodów, czego - zdaniem Stiglitza - statystycy nie uwzględniają.
To argument ważki przy porównaniach wieloletnich. Porównanie PKB na głowę mieszkańca z tym sprzed 50 lat jest swego rodzaju zabawą (choć historycy gospodarczy ją uwielbiają), bo w międzyczasie zupełnie zmieniła się struktura gospodarki oraz koszyk dóbr i usług nabywanych przez gospodarstwa domowe. Ale przy porównaniach krótkookresowych ten czynnik ma niewielkie znaczenie i jest pomijany.
- Tak jak firma musi uwzględniać amortyzację środków trwałych, tak również państwa muszą przy kalkulacji PKB uwzględniać zużycie dostępnych dóbr, czyli zniszczenie środowiska - twierdzi Stiglitz. Jego zdaniem właściwy miernik bogactwa musi premiować zachowania proekologiczne.
Ale ten sam efekt można osiągnąć, wprowadzając - co jest powszechne w większości krajów wysoko rozwiniętych - opłaty za zniszczenie środowiska. Od dawna istnieje koncepcja "kosztów zewnętrznych" (externalities), które należy uwzględniać w kalkulacji biznesowej. Podatek akcyzowy od paliw z ekonomicznego punktu widzenia jest ceną za zużycie środowiska, czyli ceną "kosztu zewnętrznego". Inna sprawa, że koszty te są określane subiektywnie przez instytucje regulujące. Obawiam się, że propozycja Stiglitza ma na celu jedynie zwiększenie opłat za środowisko, a nie znalezienie precyzyjnej formuły pozwalającej na uczciwą wycenę "kosztów zewnętrznych".
"PKB mierzymy, stosując wycenę rynkową. Ale kryzys finansowy pokazał, że ta wycena jest często sprzeczna ze zdrowym rozsądkiem. Banki miały zyski (tym samym rósł PKB), gdyż wycena rynkowa aktywów rosła, ale okazało się, że to tylko efekt spekulacji".