Biznes Ludzie Pieniądze

Rewolucja technologiczna w domach maklerskich - zlecenia przez internet

Tomasz Prusek
22.09.2009 , aktualizacja: 20.09.2009 22:54
A A A Drukuj
Makler w czerwonych szelkach wklepujący do komputera giełdowe zlecenia przechodzi do lamusa. Czy hossa, czy bessa, lawinowo rośnie liczba rachunków maklerskich obsługiwanych przez internet. Mając taki rachunek, zyskujesz też coraz większy dostęp do informacji
Maklerzy na warszawskiej giełdzie w 1993 roku.
Maklerzy na warszawskiej giełdzie w 1993 roku.
Mimo bessy wywołanej przez kryzys finansowy krajowi brokerzy nie mogą narzekać na brak nowych klientów. Według Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych w I półroczu tego roku, kiedy warszawska giełda osiągnęła najniższy poziom od jesieni 2003 r., przybyło aż 87 tysięcy nowych rachunków w domach maklerskich. Dzięki temu liczba indywidualnych rachunków przekroczyła 1,1 mln.

To świadczy o dużym ożywieniu rynku, w całym 2008 r. pojawiło się bowiem jedynie 32 tysiące giełdowych żółtodziobów. Skala indywidualnego zaangażowania graczy na GPW jest fenomenem na skalę europejską i w dużej mierze przyczynia się do utrzymywania wysokiej płynności obrotu. To właśnie tysiące drobnych zleceń robią "ruch" na parkiecie, szczególnie na rynkach małych i średnich spółek, które mają zbyt małe rozmiary, aby zainteresowali się nimi zarządzający grubymi portfelami funduszy inwestycyjnych.

Nie oznacza to, że ze wszystkich rachunków płyną stale zlecenia. W poprzednim półroczu transakcji dokonano jedynie z 254 tys. rachunków. Ale wystarczyło to, aby obrócić akcjami wartymi 20,5 mld zł.

Wielki powrót drobnych inwestorów na parkiet widać po statystykach GPW. O ile w II połowie zeszłego roku wypracowywali oni jedynie 17 proc. obrotów na rynku akcji, to w I półroczu wskaźnik podskoczył do 28 proc. To nadal mniej niż dwa lata temu (34 proc.), ale skok aż o 11 pkt proc. robi wrażenie.

O ile zaangażowanie indywidualnych graczy na giełdzie zależy od bessy i hossy, to niezmiennie rośnie ich pociąg do internetu. Z roku na rok rośnie liczba rachunków internetowych, które wypierają tradycyjne sposoby składania zleceń: osobiście, przez telefon lub faksem. Gdy w 2003 roku zaczynała się największa w historii warszawskiej giełdy czteroletnia hossa, jedynie 41 tys. graczy korzystało z internetu. W szczycie hossy w 2007 r. było to już 300 tys. rachunków, a na koniec czerwca 2009 - aż 375 tys.

Obecnie już trzy na cztery zlecenia na rynku akcji są składane przez internet. W I półroczu kliknięciami właściciela zmieniły papiery warte zawrotne 14 mld zł! Dla porównania w tym roku cały e-handel w Polsce zamknie się kwotą 13-15 mld zł. Zatem sprzedaż i zakup akcji online są warte z grubsza dwa razy więcej niż obrót sprzętem AGD, RTV, ubraniami w e-sklepach i serwisach aukcyjnych.

Skąd taka popularność internetu wśród giełdowych graczy? Liczą się nie tylko niższe prowizje, ale także czas realizacji zleceń, a przede wszystkim błyskawiczna reakcja na informacje, które dostają jak na talerzu.

Lokalizacja POK-u nie ma znaczenia

Jeśli internet będzie wypierać tradycyjne zlecenia w takim tempie jak dotychczas, to za kilka lat, aby zobaczyć maklera w czerwonych szelkach, będziesz musiał kupić film "Wall Street" Oliviera Stone'a.

Dotychczas jednym z kryteriów wyboru domu maklerskiego była sieć i lokalizacje punktów obsługi klienta (POK), gdzie otwierałeś rachunek i składałeś zlecenia. Rozsądne było wybrać tego brokera, który miał POK zlokalizowany najbliżej twojego domu. Najlepiej, gdy POK był przy banku, gdzie miałeś konto osobiste, bo ułatwiało to przelewy, a różne operacje finansowe mogłeś załatwić w jednym miejscu.

Chodziło nie tylko o osobiste składanie zleceń kupna i sprzedaży akcji, ale również transfery gotówki czy zawieranie umów kredytowych na zakup akcji np. w ofertach publicznych. Dawniej znaczenie brokerów mogłeś rozpoznać łatwo po liczbie POK-ów, którymi dysponowali. Najliczniejsze mają ci, których właścicielami są wielkie banki komercyjne, często bowiem POK-i były "przyklejane" do oddziałów prowadzących obsługę klientów detalicznych. Teraz liczba POK-ów staje się drugorzędna przy wyborze brokera, jeśli chcesz grać na giełdzie, wystarczy prywatny POK na ekranie komputera. Wizytę u brokera musisz "odbębnić", aby podpisać dokumenty. Choć to nie zawsze. Kontakt z klientem jest już tak ograniczany do minimum, że dokumenty są czasem przysyłane do podpisu pocztą lub kurierem.

Zapłacisz niższe prowizje

Nigdy nie wiesz, ile zarobisz albo stracisz na inwestycji w akcje. Ale zawsze wiesz, ile będziesz musiał zapłacić domowi maklerskiemu za pośrednictwo w transakcji. Standardowo maklerzy mają dwie tabele opłat i prowizji maklerskich od obrotu papierami wartościowymi. Pierwsza dotyczy zleceń składanych osobiście i przez telefon. Składając w taki sposób zlecenie, najczęściej zapłacisz wyższą prowizję, bo przecież utrzymanie lokalu i praca maklera kosztują. Wtedy też warto przeanalizować prowizje i opłaty.

Konkurencja wśród domów maklerskich jest tak duża, że standardem jest bezpłatne otwarcie rachunku, natomiast wyjątkowo możesz liczyć na bezpłatne jego prowadzenie. Z reguły to koszt kilkudziesięciu złotych w skali roku, pobieranych w zależności od biura: miesięcznie, kwartalnie lub rocznie.

O ile w prowizjach od standardowych zleceń rozpiętość jest duża, to w wypadku internetowych stawek brokerzy mają bardzo zbliżoną ofertę. Tu bój jest o każdą setną prowizji. Większe zróżnicowanie jest w minimalnej wysokości prowizji, która mówi o minimalnych kosztach, jakie ponosi broker, aby opłacało mu się w ogóle pośredniczyć w transakcji. U jednego na rynku akcji jest to np. 3 zł, a u innego dziesięciokrotnie więcej. Takie zaporowe minimalne prowizje mają ukryty cel: pozycjonują brokera wśród klientów. Jeśli obracasz małymi kwotami, to znajdź sobie biuro, które nastawione jest na masowego klienta. Bo jeśli zapłacisz kilka razy po 30 zł minimalnej prowizji za zlecenia, które według procentowej stawki kosztowałyby jedynie 15 zł, to znaczy, że wchodzisz w zupełnie zbędne koszty.

Im wyższa wartość transakcji, tym niższe prowizje. Z reguły podawana jest maksymalna prowizja od transakcji, która spada wraz ze wzrostem wartości. Zwróć uwagę, na jakiej wysokości ustawione są poprzeczki: niższa prowizja może zaczynać się od 25 tys. u jednego brokera i 250 tys. u drugiego.

Być day-traderem

Internet daje ogromne możliwości do czystej spekulacji na giełdzie określanej mianem day-tradingu. Chodzi o sprzedawanie i kupowanie akcje na okrągło. Celem jest szybki zysk, osiągany nawet tego samego dnia w kilka godzin, ba, nawet w kilka minut. Uwaga! Bycie day-traderem to trudna sztuka i niesie za sobą bardzo wysokie ryzyko. Brokerzy cenią day-traderów, bo z powodu składania ogromnej liczby zleceń przysparzają im dużych przychodów. Dlatego kuszą ich niskimi prowizjami. Jeśli składasz tego samego dnia odwrotną transakcję, to możesz dostać bonus w postaci zwrotu np. połowy prowizji.

Na początku lat 90., kiedy internetu w obrocie giełdowym jeszcze nie używano, namiastką day-tradingu były tzw. dogrywki w trakcie sesji. Uczestniczyli w niej inwestorzy zgromadzeni przed telewizorami w salach dogrywek domów maklerskich, którzy wydawali ustne dyspozycje maklerom przy terminalach. W ten sposób mogli na bieżąco reagować na zmiany koniunktury. Dziś sale dogrywek to historia, bo wszystko odbywa się przed ekranami. Day-trading to żyła złota. Jest tylko jedno "ale". Musisz mieć stalowe nerwy i umieć grać przeciwko rynkowi, kiedy na parkiecie "leje się krew". Wymarzonym okresem do tego jest bessa. Jeśli trafisz na "dołek" notowań, na moment paniki, wówczas możesz najwięcej zarobić, jak np. w styczniu tego roku. Na jednej z sesji doszło do paniki i zmiana cen akcji największych spółek mierzona WIG20 sięgnęła aż 9 proc. (od wartości minimalnej do maksymalnej). Aż 12 spółek zmieniło kurs o więcej niż 10 proc. Rekordzistami wśród blue chipów był deweloper GTC (15,6 proc.) i budowlany Polimex (14,9 proc.). Najmniej w trakcie sesji można było teoretycznie zarobić na papierach TP SA (7 proc.).

Korzystaj z informacji, analiz, rekomendacji

Brokerzy już dawno doszli do wniosku, że nie mogą być tylko zwykłymi pośrednikami w transakcjach online. Chcąc zatrzymać klienta i zmobilizować go do aktywności, czytaj przynoszenia dochodów z prowizji, wabią coraz bogatszym dostępem do informacji koniecznej do podejmowania decyzji inwestycyjnych. W efekcie strony internetowe brokerów zamieniają się coraz bardziej w miniportale biznesowe. Oferują np. bieżący wgląd w informacje agencji prasowych. Dostęp do notowań w czasie rzeczywistym jest najczęściej limitowany i trzeba za niego ekstra zapłacić. Premiuje tych klientów, którzy przynoszą brokerowi zyski, czyli generują duże obroty. Mogą oni otrzymać zwrot opłat, jeśli obrót na ich rachunkach miał określoną w umowie z brokerem wartość. Przypomina to w swojej konstrukcji zwolnienia z opłat za korzystanie z kart kredytowych: jeśli miesięcznie wartość twoich transakcji była ponad umówiony poziom, to wtedy karta nic nie kosztuje. W przeciwnym razie co roku za nią płacisz.

Na stronach brokerów możesz znaleźć wiele danych statystycznych ułatwiających podejmowanie decyzji inwestycyjnych i bieżące informacje ze spółek. Nie wychodząc ze strony brokera, dowiesz się, co się dzieje na rynku walutowym i surowcowym. Analitycy dzielą się swoimi opiniami w blogach, a jeśli jesteś zainteresowany upublicznionymi już raportami analitycznymi i rekomendacjami, to możesz je sobie ściągnąć. W sumie dzięki internetowi dysponujesz podstawowymi informacjami, które pomogą zdecydować, jakie akcje kupić i jakie sprzedać. Jednego tylko ci nie zagwarantują: zarobku.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    12 głosów